Giełda w tydzień | Wschodni Azjaci chyba zdali egzamin, teraz pora na resztę świata

2 308

Zaczęły się już pokazywać pierwsze „twarde” dane z Chin, pakujące skalę katastrofy gospodarczej, która była w lutym ceną poniesioną za zdecydowaną walkę z epidemią koronowirusa, która wybuchła w Wuhan, stolicy chińskiej prowincji Hubei. Przykładowo roczna dynamika produkcji samochodów w Chinach spadła w lutym do prawie -80 proc.

Za tą cenę kupiono jak się wydaje spektakularny sukces w walce z COVID-19, którego miarą może być fakt, że w nieco ponad 7 tygodni od rozpoczęcia 23 stycznia wprowadzania surowych środków zapobiegających rozprzestrzenianiu się w żadnej z 32 innych niż Hubei chińskich prowincji liczących sobie od pół miliona (Makao) do 104 mln (Guangdong) mieszkańców nie wykryto w ciągu minionego tygodnia więcej niż 16 nowych przypadków zarażenia.

W epicentrum epidemii, czyli prowincji Hubei, nowych przypadków w przeciągu minionych 7 dni było 87 w porównaniu do 31 tysięcy w szczycie dynamiki tego parametru 15 lutego.

Porównując tę ostatnią datę z 23 stycznia, czyli momentem prowadzenia pierwszych kwarantann miast widzimy, że – przynajmniej w przypadku chińskim – zaczęły one przynosić skutki z opóźnieniem wynoszącym ok. 3 tygodnie. Warto to zapamiętać, bo być może to zjawisko będzie się powtarzać w innych rejonach świata, które zdecydowały się już – jak Włochy – lub niebawem zdecydują na podążenie chińską ścieżką.

Według chińskich planów – które w świetle dostępnych danych – ich gospodarka ma znowu działać w miarę normalnie już w kwietniu. Będą musieli sobie jeszcze poradzić ze zwrotną falą zarażeń wywołaną przez przybyszy z reszty świata, ale biorąc pod uwagę ich dotychczasowe sukcesy nie wydaje się to być wielkim wyzwaniem.

W efekcie wykres chińskiego indeksu rynku akcji Shanhgai Composite prezentuje się całkiem przyzwoicie broniąc minimów z 3 lutego, kiedy to tamtejsze giełdy otwarto po obchodach chińskiego nowego roku, dołków z końca grudnia 2018 roku oraz dolnego ograniczenia długoterminowej linii trendu. Jest to bardzo zaskakujące, bo jeszcze niecałe 6 tygodni temu sytuacja w Państwie Środka wyglądała jak początek regularnego „Chinageddonu”.

Do końca świata będą krążyć teorie, według których epidemia była wynikiem ucieczki wirusa z pierwszego w Chinach laboratoriom o poziomie zabezpieczenie biologicznego 4 (najwyższym), które kilka lat temu zostało otwarte w Wuhan i które szczyciło się mianem „największego banki wirusów w Azji” i być może w przyszłości staną się pretekstem dla kolejnej wojny gospodarczej USA w Chinami, ale chińscy komuniści nawet jeśli są odpowiedzialni za stworzenie tego zagrożenia dla świata („chiński Czarnobyl”), to na razie zdają się radzić z tym problemem bardzo dobrze.

Również w Korei Południowej, która była drugim po Chinach krajem, w którym pojawiło się silne ognisko epidemii trend jest pozytywny.

Znowu warto zauważyć, że pomiędzy początkiem dynamicznej fazy wybuchu epidemii 19 lutego (w Korei Południowej związanego z ujawnieniem ogniska zarazy wśród członków jakiejś tamtejszej grupy religijnej), a szczytem tygodniowej dynamiki liczby potwierdzonych przypadków zarażenia 6 marca minęło 16 dni, a więc nieco ponad 2 tygodnie.

Przypadki innych rejonów Azji Wschodniej są już mniej jednoznaczne – wątpliwości budzi Japonia (ponad 300 nowych przypadków w ciągu tygodnia), która bardzo chciałaby jednak zorganizować tegoroczne letnie igrzyska olimpijskie w Tokio, co wydaje się coraz mniej realne – ale i tak ten kraj w rankingu łącznej liczby potwierdzonych przypadków zarażenia SARS-CoV-2 jest dopiero na 16-tym miejscu na świecie.

Niestety problem, który jeszcze kilka tygodni temu mógł się dla Zachodu wydawać egzotyczny, przeniósł się w szybkim tempie do Europy i Stanów Zjednoczonych.

Efektem było jedną z trzech najbardziej dynamicznych w okresie minionych przynajmniej ponad 120 lat startujących z poziomu historycznych szczytów cen akcji tąpnięć na Wall Street. Od czasu ustanowienia swego ostatniego historycznego szczytu 12 lutego średnia przemysłowa Dow Jonesa spadła o 28,3 proc. W przeszłości równie duże spadki tego amerykańskiego indeksu rozgrywające się w trakcie mniej niż 5 tygodni zdarzały się jedynie przy dwu okazjach: podczas Wielkiej Depresji najpierw jesienią 1929 oraz później 3-krotnie w latach 1931-1932 oraz jesienią 1987 roku.

Uwzględniając tylko takie jak obecne przypadki, gdy DJIA spadała z historycznego szczytu zostajemy z precedensami z jesieni 1929 i jesieni 1987.

W pierwszym przypadku DJIA zakończyła fazę początkowej paniki po spadku do 20-miesięcznego dołka:

… w drugim po spadku do 18-miesięcznego dołka:

Do wczoraj średnia przemysłowa Dow Jonesa przebywała powyżej dołka z grudnia 2018, czyli sprzed prawie 15 miesięcy. Wczoraj jednak ten poziom przebiła spadając najniżej od 33 miesięcy. Spełniony został w ten sposób warunek osiągnięcia 1,5-rocznego dołka, który w 1929 roku i 1987 roku zatrzymał – przynajmniej na kilka miesięcy – spadki cen akcji w USA:

Ten czwartkowy sygnał zadziałał. Następnego dnia – już po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa zakazu podróżowania ze strefy Shengen do USA (Wielkiej Brytanii i Irlandii na razie ten zakaz nie objął) – i po zapowiedzi wpompowania przez Rezerwę Federalną w ciągu 2 dni 1,5 biliona dolarów w rynek finansowy – Dow Jones Industrial Average odbił w górę o ponad 9 proc. Takie skoki zdarzały się w przeszłości – np. 5 września 1939 roku – więc na razie nie można chyba z tego faktu wyciągać zbyt daleko idących wniosków.

Czwartkowy spadek indeksu włoskiego rynku akcji FTSE MIB (-16,9 proc.) był największy od przynajmniej 22 lat (w piątek odbicie wyniosło +7,1 proc.).

Również na polskim rynku akcji doszło do katastrofy. WIG-20 spadł do najniższego poziomu od 2003 roku:

… zaś WIG (do którego wartości wliczane są wypłacane przez spółki dywidendy) po największym w swojej 29-letniej historii spadku o 12,7 proc. do najniższego poziomu od 2012 roku:

Jeśli w Europie, USA i reszcie świata epidemię uda się zdławić równie skutecznie jak w Chinach, to ostanie spadku stworzą niespodziewaną rzadko się zdarzającą okazję do tanich zakupów akcji. Jeśli nie…

Jedyny spadek WIG-u porównywalny co do skali z tym z czwartku miał miejsce w przeszłości 28 października 1997 w reakcji na wybuch ostrej fazy kryzysu azjatyckiego. Dzień później 29 października 1997 WIG-20 odbił o +14,7 proc. I ta analogia się częściowo potwierdziła w piątek. Tego dnia WIG-20 zyskał +4,6 proc. Wtedy koniec – już mniej dynamicznych spadków nastąpił 12 styczni 1998, w ciągu następnych 2 miesięcy WIG-20 odrabiał straty zyskując 50 proc., ale później nadszedł kolejny cios – kryzys rosyjski.

Oczywiście to na ile takie historyczne analogię przydadzą się do czegoś w praktyce zależeć będzie od wydarzeń w realnym świecie, czyli przede wszystkim od dynamiki samej epidemii. Włochy – europejskie epicentrum epidemii koronawirusa nadal podążają – eubejską ścieżką z 38 opóźnieniem. Pamiętając, że tygodniowa dynamika łącznej liczby przypadków osiągnęła w Hubei szczyt 15 lutego daje to 24 marca jako orientacyjny termin osiągnięcia przez Włochy podobnego punktu. Inny szacunek otrzymamy, gdy porównamy terminy wprowadzania agresywnych kwarantann w Chinach (23 styczni) oraz Włoszech (8 marca). To sugeruje osiągnięcie przez Włochy apogeum tygodniowej dynamiki nowych przypadków w okolicach 31 marca.

Silną grupę pościgową stanowią Hiszpania, Niemcy i Francja opóźnione pod względem liczby potwierdzonych przypadków wobec Włoch o mniej więcej tydzień.

Polska pod względem liczby potwierdzonych przypadków (119) jest tam gdzie Niemcy 13 dni wcześniej.

Na początku epidemii wielkość populacji porównywalnych krajów nie ma znaczenia (bo wirusa ma i tak mnóstwo ludzi do zarażenia), ale warto zwrócić uwagę, że pod względem liczby potwierdzonych zachorowań na głowę mieszkańca pierwsze miejsce zajmują Włochy (350 przypadków na milion), a potem idą Szwajcaria, Norwegia, Iran, Hiszpania, Korea Południowa, Dania, Bahrajn, Katar, Słowenia, Estonia, Szwecja, Austria, Belgia, Francja, Holandia i Niemcy (65 na milion). W tym rankingu USA są na 38 miejscu (9 na milion) a Polska na 56 miejscu (3 na milion).

Jakby tego było mało, w minionym tygodniu publiczne zaskoczenie wywołała kanclerz Niemiec Angela Merkel – powołując się na opinie ekspertów – że koronawirus zarazi 60-70 procent populacji:

Wywołało to duże zdziwienie, bo chińscy komuniści za pomocą wprowadzanych od 23 stycznia drakońskich metod zdołali utrzymać liczbę zarażonych na poziomie ledwie jednego promila mieszkańców prowincji Hubei, nie mówiąc już o całym kraju. 

Zdziwienie przeszło w szok, gdy z Wielkiej Brytanii zaczęły docierać wieści o obranej przez władze tego kraju strategii uzyskania przez populację tzw. „odporności stadnej”, co miałoby zostać uzyskane przez zgodę na „kontrolowane” zarażenie 60-80 proc. społeczeństwa. Zdecydowana większość zarażonych wyzdrowiałaby uzyskując w ten sposób zapewne (ale pewności przecież nie ma, bo o SARS-CoV-2 wiadomo niewiele) odporność, ale jak łatwo policzyć oznaczałoby to najprawdopodobniej śmierć ponad miliona najbardziej zarażonych (starych, chorych i słabych). Po tym, jak z różnych stron rozległy się protesty, tamtejsze władze sanitarne zaczęły się rakiem wycofywać z wcześniejszych deklaracji wspominając też o specjalnej ochronie dla osób najbardziej zarażonych, ale na razie nie wiadomo, czy do zmiany strategii rzeczywiście dojdzie, czy też zwycięży chęć ochrony gospodarki i rynków finansowych za cenę poświęcenie dziesiątków a może i setek tysięcy „nieproduktywnych” jednostek.

Wojciech Białek, K(NO)W FUTURE

Komentarze