Władze chcą decydować o widoczności postów w social mediach, kontrolować algorytm YouTube’a

Władze chcą decydować o widoczności postów w social mediach, kontrolować algorytm YouTube’a

Za każdym razem, gdy wydaje się, że współczesna Wielka Brytania doszła do apogeum absurdu w dziedzinie cenzury Internetu oraz degeneracji swobody myśli – naturalnie w imię „demokracji” i „różnorodności” – władze tejże udowadniają, że wcale nie, mogą posunąć się jeszcze dalej. O tej samej prawidłowości można także mówić w przypadku krajów bezpośrednio z brytyjskiej państwowości wyrastających – Kanady i (zwłaszcza w tym przypadku) Australii, nie tak dawno przecież słynących z wysokich standardów w tej dziedzinie i szacunku wobec praw jednostki. Niestety, wszystko to w ekspresowym tempie wydaje się odchodzić w niebyt, zastępowane totalitarnym zamordyzmem w dziedzinie cyfrowej – często w stopniu, którego nie ma nawet w Chinach.

Oto bowiem brytyjski rząd planuje wdrożyć mechanizmy pozwalające na bezpośrednią ingerencję w algorytmy serwisów streamingowych i społecznościowych, w tym YouTube’a. Informacje o tym podał sam YouTube w komunikacie dla swych brytyjskich użytkowników. Celem interwencji jest odgórne, przymusowe promowanie materiałów publicznych molochów medialnych, w tym największych telewizji – szeroko uważanych (co jakże typowe dla telewizji publicznych) za kłamliwe, upolitycznione oraz forsujące medialną narrację propagandową władz. Jednocześnie marginalizowane miałyby być treści blogerów czy indywidualnych komentatorów – w praktyce kogokolwiek, kto głosi opinie niezgodne z oficjalnie forsowanymi.

Dziennikarstwo „wysokiej” jakości

Oficjalnym pretekstem miałaby być rzekoma konieczność „promowania wysokojakościowego dziennikarstwa” – co oczywiście rodzi naturalnie pytanie, dlaczego owe dziennikarstwo, skoro cechuje się taką wysoką jakością, potrzebuje sztucznego wpychania widzom? Drugą oczywistą kwestią jest to, kto miałby decydować o tym, jakie dziennikarstwo cechuje się wysoką jakością (odpowiedź: rządowi biurokraci) i na podstawie jakich przesłanek (odpowiedź: zgodności przekazu z narracją rządu). System miałby automatycznie promować materiały popierające oficjalną politykę imigracyjną, ideologię woke oraz ukrywać konta krytykujące masową imigrację, tzw. pozytywną dyskryminację białych czy kwestionujące działania administracji.

Mechanizm zakłada nawet bezprecedensową możliwość manualnego korygowania zasięgów przez regulatorów, co de facto oznacza urzędniczą kontrolę nad tym, które głosy docierają do obywateli, a które giną w algorytmicznej otchłani. Pomysły te brzmią być może jak satyra lub wyobrażenie ze złego snu, ale niestety nie jest to niczym nowym w dzisiejszej Wielkiej Brytanii. Rząd Partii Pracy i odchodzącego właśnie Keira Starmera (znanego jako „Two-tier Keir” z racji motywowanych ideologicznie, podwójnych standardów) w ciągu zaledwie dwóch lat zaostrzył tamtejszy reżim kontroli informacji tak, że ten przewyższa obecnie skalą agresywności i represyjności standardy znane z państw otwarcie autorytarnych oraz dyktatur wojskowych.

Airstrip One

Mechanizm cyfrowego śledzenia obywateli od momentu narodzin, masowe aresztowania (rzędu dziesiątek obywateli dziennie) za krytykę władz w Internecie, likwidacja tysięcy forów internetowych pod pretekstem „bezpieczeństwa”, zakaz używania sieci VPN oraz groźby kar więzienia za odmowę instalacji państwowego oprogramowania szpiegującego, mechanizmy zmuszające do legitymowania się przed skorzystaniem z własnego telefonu, rujnujące grzywny za „zaprzeczanie zmianom klimatu” – te wszystkie zmiany, które Starmer i jego skrajnie lewicowa ekipa forsowali z zapałem godnym lepszej sprawy, stanowią pakiet rozwiązań godnych raczej Korei Północnej, jednak pod ich butem muszą dziś żyć mieszkańcy Wielkiej Brytanii.

Na tym zresztą się nie kończy, zaś działania na polu cenzury bledną w porównaniu z innymi skandalicznymi działaniami rządu Starmera – na czoło których (m.in. przy okazji niedawnego morderstwa Henry’ego Nowaka czy raportu ze śledztwa dot. działalności pakistańskich gangów gwałcicieli) wysuwa się masowe tolerowanie imigranckiej i muzułmańskiej przestępczości, oraz równie masowe szykanowanie i represjonowanie ofiar tejże przestępczości – zwłaszcza wówczas, gdy ofiary miały „czelność” się bronić lub krytykować władze za ochronę bezkarności sprawców. Wszystko to dzieje się w kraju, który jeszcze niedawno uważał się za kolebkę liberalizmu i praw jednostki, i słynął z doskonałej organizacji państwowej i społecznej.

Gdy urzędnik chce, tym gorzej dla prawa

Niestety, trend ten nie ogranicza się do Albionu. W Australii, państwie wyrosłym wprost z państwowości brytyjskiej, tendencja jest bardzo podobna. Oto bowiem Julie Inman Grant, tamtejsza „Komisarz ds. eBezpieczeństwa” (eSafety Commissioner), domaga się rozszerzenia swych uprawnień o możliwość arbitralnego decydowania, które konkretnie konta w mediach społecznościowych mają być chronione przed krytyką (pod groźbą kar!), a które użytkownicy mają być karani za wyrażanie niewygodnych opinii. Motywacją dla tych żądań jest seria porażek sądowych, które Grant, pełniąca w istocie rolę głównego krajowego cenzora Internetu, poniosła w starciach z portalem X vel Twitter, który odmawiał podporządkowania się jej decyzjom cenzorskim.

Co wręcz komiczne, swoje przegrane przed niezależnym sądem biurokratka owa przedstawia jako wiodący dowód na to, że prawo musi zostać zaostrzone – na jej korzyść. Chce zatem nie tylko móc nakładać kary na użytkowników social mediów niestosujących się do jej wizji „bezpiecznego Internetu” poprzez publikowanie opinii, które ona sama uznaje za nie mieszczące się w jego kanonach, ale także – co wprost nie mieści się w głowie – arbitralnie decydować o „ratio” wypowiedzi, czyli proporcjach między reakcjami pochwalnymi i krytycznymi. Mówiąc prościej, pani komisarz Grant nie jest w stanie zaakceptować, że preferowane przez nią poglądy nie mają wystarczającej ilości „lajków” i „okejek”, i chce ten fakt zmienić administracyjnym przymusem!

Eksport cenzury Internetu

Także i w tym przypadku nie byłby to niestety pierwszy akt despotyzmu w sferze cyfrowej i informacyjnej ze strony australijskiego państwa. Rząd premiera Anthony’ego Albanese’a i australijskiej Partii Pracy, notabene popierający Grant w jej staraniach, stoi za tamtejszym opus magnum w dziedzinie cenzury – zakazem korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci, co pozbawiło setki tysięcy młodych ludzi dostępu do komunikacji i przestrzeni cyfrowej. Gdy okazało się, że zakaz ten zawodzi (co było zresztą oczywiste i do przewidzenia), zdecydowano się na formułę pt. „jeszcze więcej tego samego, co dotąd nie działało”. Na tym też zresztą nie koniec.

Australijskie władze planują bowiem jeszcze kroki jeszcze bardziej niepokojące dla osób ceniących swobodę wyrażania opinii i prywatność Internetu – jak wprowadzenie, pod pretekstem „weryfikacji wieku”, powszechnego przymusu legitymowania się przed skorzystaniem ze zwykłych przeglądarek internetowych. Podległe tamtejszemu rządowi organa, w tym również wspomniana Grant, prowadzili zaś prawne boje z platformą Telegram (o X już była mowa), usiłując narzucać jej grzywny za nieusuwanie arbitralnie wskazanych treści, czy nawet eksportować australijski model cenzury Internetu poza granice tego kraju, poprzez próby zmuszania użytkowników na terenie Europy czy Stanów Zjednoczonych do podporządkowywania się australijskim przepisom cenzorskim.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!
Zostaw komentarz