UE: Bruksela, politycy chcą likwidacji anonimowości w sieci pod pretekstem zakazu social mediów dla dzieci
Unia Europejska chce narzucić krajom członkowskim przymus legitymowania internautów korzystających social mediów. Wszystkich internautów – pod pretekstem egzekwowania zakazu korzystania z tychże mediów dla dzieci, którego to zakazu projekt właśnie ogłoszono – oraz wszystkim krajom, nie tylko tym, które próbowały tego dokonać we własnym zakresie. I nie zdołały. UE czerpie w ten sposób inspirację z dotychczasowych prób podobnych zakazów, jak ten w Australii, które zresztą okazały się widowiskową klapą.
Prezydent Francji, Emmanuel Macron, doznał w tym roku dotkliwej porażki politycznej, próbując przeforsować likwidację anonimowości w mediach społecznościowych, pod pretekstem zakazu korzystania z tychże mediów dla osób poniżej 16 roku życia (a który to zakaz, oczywiście czystym przypadkiem, „z przyczyn technicznych” skutkuje wprowadzeniem przymusu legitymowania się dla wszystkich, w tym także, a może zwłaszcza, dorosłych).
Klęska ta była tym bardziej dotkliwa, że połączona z osobistym upokorzeniem Macrona – zaangażował on bowiem swój prezydencki „autorytet”, na tyle, na ile o czymś takim w jego przypadku można w ogóle mówić, naturalnie. I nic – francuska Rada Konstytucyjna, tamtejszy sąd kompetentny w tych sprawach, żądania prezydenta była zignorowała, orzekając o niekonstytucyjności przepisów. Biorąc pod uwagę ambicje oraz ego, z których słynie Macron – był to prztyczek bez wątpienia bolesny.
Jak przystało jednak na prawdziwego europejskiego demokratę, nie zamierza on pozwolić, by demokratyczny proces stanął na drodze tego, czego sobie zażyczył. W tym właśnie duchu, niedługo po orzeczeniu, Macron zażądał, aby to Unia Europejska przyjęła podobny zakaz na poziomie unijnym – i narzuciła go wszystkim krajom, w tym Francji. W Internecie ma być bowiem kontrola i brak anonimowości, bo tak chce Macron. A jeśli Francuzi tego nie chcą, to tym gorzej dla nich, bo i tak to dostaną – i co mu zrobicie?
„Wartości demokratyczne” w akcji
Macron nie jest przy tym jedynym orłem demokracji, praworządności i „wartości europejskich”, który w imię ochrony tychże wartości, które sam przecież uosabia, chciałby wziąć europejskich internautów za tzw. mordę. Innym podobnym pacjentem, który także nie lubi, gdy jego poddani zapominają o swoim miejscu w łańcuchu dziobania i pozwalają sobie go krytykować – i chciałby takich krytykantów potraktować prawno-cenzorskim butem – jest kanclerz Niemiec, Friedrich Merz.
Nie może być przecież tak, aby byle wyborca mógł sobie mówić, co tylko ma na myśli, na temat lepszych od siebie urzędujących polityków, uosabiających majestat Demokracji™. W tym tygodniu pan kanclerz przypomniał o tym, egzaltując się koniecznością zniesienia anonimowości komunikacji w Sieci, tak aby „liberalne społeczeństwo” mogło „chronić” swych obywateli przed ideami, które rządzący uznają za niesłuszne. Zażądał też, aby nie zawracać mu głowy irytującymi pojęciami w rodzaju „wolności słowa”.
Żądania obydwu panów liderów najwyraźniej usłyszała Komisja Europejska. Instytucja ta, która – choć w myśl traktatów założycielskich UE jest ciałem wyłącznie technicznym – od dawna widzi się w roli europejskiego super-rządu apodyktycznie rozkazującego krajom członkowskim pod groźbą stwierdzenia „zagrożeń dla rządów prawa” i tym podobnych enuncjacji. Wobec Francji i Niemiec KE jednak zdaje się zachowywać zgoła inaczej, wręcz serwilistycznie. Wystarczy zatem, że Paryż i Berlin zaczęły naciskać, i voila!
Nie minęło wiele czasu od pomruków Merza i Macrona, a Ursula von der Leyen z ochotą pochwaliła się, że UE właśnie pracuje nad podobnym projektem. Takowy zapowiadał zresztą już jakiś czas temu sprawujący wówczas prezydencję w Unii rząd Irlandii, podobnych domagał się także rząd Grecji, ale im przeforsowanie podobnych projektów nie wyszło.
UE tworzy i narzuca
Komisja Europejska ma zatem przygotowywać założenia Kids Act, którego zapisy zakazywałyby dzieciom poniżej 13. lat korzystania z mediów społecznościowych, oraz pozwalałyby dzieciom w wieku 13–15 lat zakładać konta wyłącznie pod nadzorem rodziców i z ograniczeniami, w tym limitami czasowymi. Najmłodsi zachowaliby możliwość dostępu do platform wyłącznie przy aktywnym nadzorze dorosłych – choć ci ostatni naturalnie także musieliby się legitymować, o co zresztą właśnie w tym wszystkim faktycznie chodzi.
Przepisy mają objąć swoim zasięgiem nie tylko zwykle social media, lecz także platformy gamingowe oraz chatboty AI. Wszystko oczywiście egzekwowane przymusem przekazywania danych biometrycznych, kart płatniczych, numerów telefonu, skanów dokumentów i innych pomysłów rodem z Krainy Wiecznej Inwigilacji. Ba, eurokraci chcieliby pójść nawet krok dalej, i wprowadzić przymus legitymowania się za pośrednictwem oficjalnej aplikacji weryfikacyjnej, czyli w istocie Wielkiego Brata w wersji mobilnej.
Z kolei naruszenia miałyby być karane rujnującymi grzywnami, rzędu 6 proc. globalnego rocznego obrotu danego przedsiębiorstwa – jak zwykle w przypadku UE, która kolejną i kolejną dyrektywę próbuje zmienić w źródło pieniędzy dla siebie. Jak zwykle także, Komisja Europejska czuje się władna wyciągać rękę po pieniądze, które wypracowano gdziekolwiek na świecie, również poza granicami jej jurysdykcji, tym samym bezprawnie uzurpując sobie władze poza tymi granicami.
Co znaczące i zaskakujące – nawet jak na i tak niskie standardy UE w kwestii szacunku dla podmiotowości jednostki – von der Leyen chwaliła się (!), że Komisja zapisała w projekcie odrzucenie zasady domniemania niewinności, obecnej w europejskiej tradycji prawnej od czasów antycznych, i zastąpienie jej domniemaniem winy – oraz przerzuconym na przedsiębiorstwa cyfrowe ciężarem dowodu. To one miałyby być zobligowane do udowadniania „bezpieczeństwa” swych usług a nie KE wykazywać zasadność swych zarzutów.
Uroki cyfrowego gułagu
Efekt byłby oczywisty – wobec oczywistej, z premedytacją tworzonej przez UE niepewności prawnej dot. tego, co w praktyce oznacza stosowanie tych przepisów oraz jak można (i czy w ogóle faktycznie można) bronić się przed zarzutami o ich złamanie, firmy technologiczne en masse i na wszelki wypadek stosowałyby najsurowsze możliwe mechanizmy inwigilacyjne – o co przecież właśnie chodzi Brukseli oraz politykom „starej” Unii, przed którymi podwładni von der Leyen tak bardzo chcą się wykazać.
Innym oczywistym efektem byłby powszechny odpływ usług cyfrowych z UE – wiele firm, zamiast ryzykować ugrzęźnięcie w kafkowskiej rzeczywistości prawnej tworzonej przez Brukselę, po prostu zrezygnowałoby z działalności na Starym Kontynencie, europejskich użytkowników odgradzając blokadami geofencingowymi. I choć te nie są bynajmniej trudne do obejścia – ba, nie jest nim nawet także sam zakaz mediów społecznościowych dla dzieci, co wykazały same dzieci – to nie o to tu chodzi.
Nie o to, a o zgniecenie przejawów niezależności Internetu od rządów i instytucji UE, dzięki powszechnemu przymusowi legitymowania się, oraz o kontrolę rynku medialnego w Sieci – czego Kids Act nie jest zresztą jedyną ani pierwszą próbą. Skutki gospodarcze i cywilizacyjne takiego zgniecenia byłyby zapewne smutne i nader doniosłe – ale za to przynajmniej ego panów Merza i Macrobna mile łechtałby fakt, że żaden byle wyborca nie mógłby już bezkarnie ich skrytykować. Widać, co w dzisiejszej Europie jest ważniejsze.
