Niemcy: setki śledztw przeciw krytykom Merza. Kanclerz zmuszony do ujawnienia skali szykan

Niemcy: setki śledztw przeciw krytykom Merza. Kanclerz zmuszony do ujawnienia skali szykan

Setki wszczętych postępowań karnych, przekierowana uwaga całych wydziałów prokuratury i sądownictwa, trudne do oszacowania koszty – a wszystko tylko po to, by zaspokoić próżność kanclerza Friedricha Merza – który nie lubi, gdy zwykli obywatele śmieją go krytykować. Taki jest pierwszy wniosek po wymuszonym decyzją sądową ujawnieniu skali tego procederu. W ten sposób Niemcy, deklaratywnie kraj przodujący w przywiązaniu do „demokracji” i „praworządności”, zbliżają się do standardów Turcji czy Indii, których przywódcy z równie wielkim zapałem ścigają zniewagi przeciwko nim wypowiadane.

Sąd administracyjny w Berlinie nakazał urzędowi kanclerskiemu ujawnienie szczegółów dotyczących setek postępowań karnych, które Friedrich Merz – obecny kanclerz RFN – wszczął przeciwko osobom krytykującym go w Internecie. Decyzja sądu jest kulminacją wielomiesięcznego sporu o dostęp do informacji publicznej, który urząd Merza usiłował zablokować, powołując się na „ochronę prywatności” i „bezpieczeństwo państwa”. Tymczasem skala represji prawnych, jakie Niemcy rozpętały wobec obywateli, którzy pozwolili sobie na nieprzychylne komentarze pod adresem szefa rządu, okazuje się znacznie większa, niż dotychczas sądzono.

Hipokryzjo, twe imię to…

Według dokumentów, które musiał ujawnić urząd kanclerski, od początku kadencji Merza w 2024 roku wpłynęło co najmniej 387 zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa „obrazy” (Beleidigung) lub „zniesławienia” (üble Nachrede) przez osoby publikujące treści krytyczne wobec kanclerza w mediach społecznościowych. W większości przypadków chodziło o komentarze na platformach takich jak X (dawniej Twitter), Facebook czy Telegram – i to nie tylko te niecenzuralne, lecz także całkowicie mieszczące się w granicach debaty publicznej, przykładowo określające Merza „aroganckim”, „niekompetentnym” lub „sługusem korporacji”.

Jak się okazało, w 123 takich przypadkach prokuratury wszczęły śledztwa, a w 47 – postawiono zarzuty. Wśród oskarżonych znaleźli się tak anonimowi internauci, jak i dziennikarze, blogerzy i aktywiści polityczni. W pokazie ujmującej hipokryzji, urząd kanclerski przez ponad rok odmówił udostępnienia tych danych, argumentując, że ich ujawnienie „zagrozi bezpieczeństwu kanclerza” i „może prowadzić do eskalacji nienawiści w sieci”. Dopiero po wniesieniu skargi przez dziennikarzy niemieckiej gazety „Tagesspiegel” i szwajcarskiej „Weltwoche”, sąd nakazał publikację statystyk, uznając, że „sprawa dotyczy interesu publicznego, a skala działań kanclerza wymaga przejrzystości”.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy niemieckie władze wykorzystują aparat państwowy do tłumienia krytyki. Według różnych danych, od 2021 roku liczba policyjnych nalotów na domy osób oskarżonych o „mowę nienawiści” w Internecie wzrosła o 340 proc. W większości przypadków chodziło o komentarze skierowane przeciwko politykom, w tym członkom rządu. W 2025 roku niemiecki Bundestag przyjął nowelizację ustawy o telekomunikacji, która zobowiązuje platformy internetowe do automatycznego skanowania prywatnych wiadomości w poszukiwaniu „treści nielegalnych” – w praktyce oznacza to masową inwigilację korespondencji obywateli w chińskim stylu.

Niemcy „praworządne” i „demokratyczne”

W tym kontekście nie dziwi, że Niemcy pod rządami Merza nie różnią się prawie niczym od analogicznie represyjnych rządów poprzedniej koalicji i kanclerza Olafa Scholza. Obecny rząd, zupełnie tak, jak poprzedni, zapiekle walczy z anonimowością w sieci, promując obowiązkową weryfikację tożsamości użytkowników oraz nakazując operatorom serwisów internetowych współpracę z organami ścigania. W 2024 roku Niemcy zablokowały lub doprowadziły do zamknięcia co najmniej 17 niezależnych portali i forów, które odmówiły przekazywania danych swoich użytkowników władzom. Jak wiadomo, próbował też podobnych działań wobec X/Twittera – choć tu na razie bez wielkich sukcesów.

Co oczywiste, wielu komentatorów wskazuje, że celem tych działań jest jest wcale rzekoma „ochrona przed hejtem”, ale eliminacja możliwości krytyki władz bez obawy przed represjami. Tymczasem kanclerz, który nie toleruje krytyki ze strony obywateli i nasyła prokuraturę na obywateli za nieprzychylne komentarze, sam regularnie pozwala sobie na publiczne ataki na opozycję – i to często w sposób bardziej chamski niż w krytyka pod jego adresem – nazywając ją „wrogami państwa” lub „zdrajcami”. Ale jego oczywiście prokuratura nie ściga – w końcu Niemcy są „demokracją”, i wolno tam wyrażać swoje poglądy. W teorii przynajmniej.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!