W USA leży 1,1 mln ton miedzi. Więcej niż w szczycie zimnej wojny, a rząd nie kupił ani tony

W USA leży 1,1 mln ton miedzi. Więcej niż w szczycie zimnej wojny, a rząd nie kupił ani tony

Zapasy miedzi w Stanach Zjednoczonych sięgnęły około 1,1 mln ton. To więcej, niż kiedykolwiek zgromadziła amerykańska państwowa rezerwa strategiczna, także na początku lat 60., w najgorętszym okresie zimnej wojny. Szacunek pochodzi od analityków Citi, a w poniedziałek przytoczył go Andy Home, który dla agencji Reuters komentuje rynek metali. Waszyngton nie wydał na ten zapas ani dolara. Metal ściągnęli prywatni handlowcy, bo odkąd Donald Trump zagroził cłami, w Nowym Jorku płaci się za miedź więcej niż w Londynie. Przy cenie 14 690 dolarów za tonę na londyńskiej giełdzie metali LME (London Metal Exchange) cały zapas jest wart ponad 16 mld USD, czyli mniej więcej 63 mld zł.

Cła, których nie było, zrobiły swoje

Wszystko zaczęło się 25 lutego 2025 r., kiedy Trump polecił Departamentowi Handlu zbadać, czy import miedzi zagraża bezpieczeństwu narodowemu. Postępowanie z sekcji 232 amerykańskiej ustawy o handlu (Trade Expansion Act) to w praktyce zapowiedź ceł i rynek wycenił je od razu. Kontrakty na miedź na giełdzie CME (Chicago Mercantile Exchange) zaczęły drożeć szybciej niż w Londynie. Domy handlowe, m.in. Mercuria, Hartree Partners i Trafigura, kupowały metal po cenach z LME i wysyłały go do amerykańskich portów. Według Służby Geologicznej USA (USGS) Stany sprowadziły w 2025 r. 1,7 mln ton miedzi, prawie dwa razy więcej niż rok wcześniej.

Tę grę przerwał latem sam Trump. W proklamacji z 30 lipca 2025 r. Biały Dom ogłosił 50-procentowe cło, ale objął nim tylko półprodukty i wyroby z miedzi: rury, druty, pręty, blachy, kable i złączki. Katody, czyli miedź rafinowana, którą handluje się na giełdach, zostały zwolnione. Kontrakty na CME potaniały jednego dnia o 22 proc., najmocniej w historii. Przebitka zniknęła, a na początku 2026 r. to Londyn płacił więcej niż Nowy Jork.

Ta sama proklamacja zostawiła jednak furtkę. Departament Handlu miał do 30 czerwca 2026 r. ocenić kondycję amerykańskich hut i rafinerii, a prezydent mógł potem nałożyć na miedź rafinowaną cło rozłożone na raty: 15 proc. od 1 stycznia 2027 r. i 30 proc. od 1 stycznia 2028 r. Termin minął, decyzji nie ma, ale nikt tego scenariusza nie odwołał. Premia w Nowym Jorku wróciła, a razem z nią statki z miedzią. CME otworzyła nowe punkty dostaw w Atlancie, Chicago, Laredo, Memphis i Mobile. Pod koniec maja w jej magazynach leżało 577 tys. ton, a dziś, jak pokazują dzienne raporty CME o zapasach miedzi, już 711 617 ton. Pod koniec lipca na CME przypadało 58 proc. całej miedzi składowanej na giełdach świata.

Kennedy wyprzedał rezerwę, Trump odbudował ją rękami handlowców

Na 1,1 mln ton składa się kilka warstw. Największa to 711,6 tys. ton w magazynach CME. Do tego dochodzi 127,3 tys. ton zarejestrowanych w amerykańskich magazynach LME i 123,8 tys. ton, które leżą w tych samych halach, ale poza rejestrem giełdowym. Takiego metalu nie da się od ręki dostarczyć na giełdę, za to właściciel może go w każdej chwili sprzedać, komu chce. Po doliczeniu miedzi w magazynach całkowicie poza giełdami Citi dochodzi do 1,1 mln ton, więc na tę ostatnią warstwę przypada około 137 tys. ton.

Zimnowojenna rezerwa wyglądała inaczej, bo należała do państwa. Narodowy Zapas Obronny (National Defense Stockpile) gromadził ponad sto metali i minerałów, a miedzi miał w szczycie, na początku lat 60., nieco ponad milion ton amerykańskich, czyli ok. 900 tys. ton metrycznych. Tak wynika z raportu Banku Światowego z 1986 r. W 1962 r. John F. Kennedy przyznał publicznie, że zdumiała go wartość całego zapasu: 7,7 mld ówczesnych dolarów, daleko ponad potrzeby na wypadek wojny. Ruszyła wyprzedaż. W 1971 r. w rezerwie zostało 250 tys. ton amerykańskich miedzi, a ostatnia tona opuściła rządowy magazyn w 1993 r.

Dzisiejsza góra miedzi jest więc większa od zimnowojennej, a Stany mają najpewniej drugi co do wielkości zapas tego metalu na świecie, po chińskiej rezerwie państwowej. W skali świata to jednak niewiele. Globalne zużycie miedzi rafinowanej szacuje się na 28,7 mln ton rocznie, więc amerykański zapas wystarczyłby wszystkim odbiorcom na niespełna dwa tygodnie. Hutnictwa też nie zastąpi. W USA działają tylko dwie huty miedzi pierwotnej i nic nie wskazuje, żeby miało ich przybyć.

Miedź jest w Ameryce, ale nie jest amerykańska

Cały ten metal należy do firm handlowych, a nie do rządu federalnego. Leży w USA, bo tak się dziś opłaca, i wyjedzie, kiedy przestanie się opłacać. Nowy Jork wciąż przyciąga dostawy, ale Londyn i Szanghaj zaczynają ciągnąć w drugą stronę. Tamtejsze premie za metal dostępny od ręki rosną, bo reszcie świata zaczyna miedzi brakować. W połowie sierpnia LME musiała wprowadzić nadzwyczajne ograniczenia, żeby zatrzymać skoki cen, a 19 sierpnia miedź z dostawą natychmiastową kosztowała tam rekordowe 14 912 dolarów za tonę. Jeśli niedobór poza Stanami się pogłębi, Londyn przeskoczy Nowy Jork bez względu na cła i metal popłynie z powrotem.

Biały Dom ma dwa sposoby, żeby go zatrzymać. Pierwszy to cło na miedź rafinowaną od stycznia. Kłopot w tym, że stała stawka przestaje działać, gdy różnica cen urośnie ponad jej wysokość. Drugi to Project Vault, rezerwa minerałów krytycznych ogłoszona 2 lutego 2026 r. Ma dysponować ok. 12 mld dolarów: 10 mld z piętnastoletniej pożyczki amerykańskiego Banku Eksportowo-Importowego (EXIM) i ok. 2 mld od inwestorów prywatnych. Rezerwa ma kupować m.in. miedź, tyle że sam metal zgromadzony dziś w USA jest wart więcej niż cały budżet programu. W kolejce stoją przy tym metale ziem rzadkich, gal czy kobalt, w których przewaga Chin doskwiera Amerykanom znacznie bardziej. Miedź figuruje na rządowej liście minerałów krytycznych od listopada 2025 r.

Waszyngton wybiera więc trzecią drogę i milczy. Analitycy Citi przewidywali już w czerwcu, że administracja nie obłoży katod cłem, ale nie powie tego głośno, żeby jak najdłużej trzymać nadmiar miedzi w kraju. Ta „strategiczna niejednoznaczność” działa na razie bez zarzutu.

Europa płaci wyższą premię

Odpływ metalu do USA odczuwa reszta świata, która i bez tego zmaga się z przestojami w kopalniach od Chile po Indonezję. W niedzielę lawina błotna zeszła w chilijskiej El Teniente, największej podziemnej kopalni miedzi na świecie. To już trzeci poważny incydent w tym zakładzie w ciągu półtora roku. Dostawcy podnoszą ceny europejskim odbiorcom. Niemiecki Aurubis zaproponował im na 2026 r. premię 315 dolarów za tonę ponad cenę z LME, wobec 228 dolarów rok wcześniej, a chilijskie Codelco 325 dolarów. Handlowcy nie ukrywają, że winna jest przebitka między CME a LME.

KGHM, który sprzedaje miedź po cenach powiązanych z notowaniami londyńskimi, na drogim metalu zarabia. W pierwszym kwartale 2026 r. grupa miała ponad 3,5 mld zł zysku netto. Gdyby jednak amerykański zapas zaczął wracać na rynek, ceny w Londynie straciłyby jedną z podpór.

Do 1 stycznia 2027 r., gdy mogłoby wejść w życie pierwsze cło na miedź rafinowaną, zostało niespełna 12 tygodni. Do tego czasu 1,1 mln ton miedzi będzie czekać w amerykańskich magazynach na decyzję, z którą Biały Dom wyraźnie się nie spieszy.

Redakcja BitHub.pl poleca również:

Jesteś zainteresowany zakupem srebra lub złota inwestycyjnego? Sprawdź ofertę FlyingAtom.Gold!