Niemcy boją się o swoje złoto. Krajowe rezerwy ofiarą konfliktu z Trumpem?
Niemcy, a przynajmniej niektórzy tamtejsi politycy, chcą, by pracownicy Bundesbanku własnoręcznie przeliczyli sztabki wchodzące w skład niemieckich rezerw złota składowanych w Nowym Jorku. Do tej niewczesnej konkluzji doszli na fali ochłodzenia stosunków z Waszyngtonem i konstatacji, że ten ostatni może nie chcieć dalej, i za darmo, żyrować ich bezpieczeństwa. W sprawie jest też jednak i wątpliwość, którą poruszyli sami Amerykanie – a dotycząca złota per se.
Jak wiadomo, Niemcy doświadczają ostatnio publicznego i zbiorowego przewartościowania poglądów dotyczących bezpieczeństwa międzynarodowego. Dotychczas opieranego przede wszystkim o amerykańską ochronę, traktowaną w dużej mierze jako pewnik. Któż bowiem w USA mógłby świadomie zrezygnować z pozycji „lidera”, zapewniającego krajom zachodniej Europy ochronę? Jak wiadomo, taki ktoś jednak się w Ameryce znalazł – i nie tak całkowicie bez przyczyny.
Pomijając bowiem wszystkie inne okoliczności polityczne, krytyka status quo w relacjach transatlantyckich – w ramach którego USA utrzymują mocarstwowe siły zbrojne, by móc chronić bezpieczeństwo sojuszników i światowego handlu, podczas gdy rzeczeni sojusznicy, w tym zwłaszcza Niemcy, korzystają z tego stanu rzeczy, by na zbrojeniach oszczędzać, zamiast tego przekierowując fundusze na „wydatki socjalne” i państwo opiekuńcze – nie była niczym nowym.
Niemcy odcięte od kroplówki
Krytykę jednak zbywano – przynajmniej tak długo, jak dłużej zbywać się nie dała. Gdy już to nastąpiło, niemiecka publika i politycy doszli do bardzo niekomfortowych dla siebie wniosków. I zdają się podejmować gorączkowe starania w celu zaradzenia swej świeżo odkrytej bezradności. Głośno było ostatnio o „przepchniętych kolanem” przez Bundestag poprawkach do konstytucji, które poluzowują rygorystyczne zasady budżetowe, by móc sfinansować zbrojenia na kredyt.
Kwestia militarna to jednak niejedyna sprawa, w której Niemcy boleśnie dla siebie odkrywają, że nie jest im z Amerykanami po drodze. Dziś Donald Trump ogłosić ma swoje długo zapowiadane cła lustrzane na towary z krajów, które pobierają cła od towarów amerykańskich. Tymczasem Niemcy, w tym zwłaszcza tak ważne dziedziny ich gospodarki jak przemysł samochodowy, przez długi czas korzystały z niezakłóconego dostępu do ogromnego rynku USA. Teraz, w ten czy inny sposób, to się kończy.
Mając na względzie ów katalog zadrażnień – do których dochodzą jeszcze kwestie ideologiczno-cywilizacyjne (jak stosunek do politycznej poprawności czy masowej imigracji z krajów trzeciego świata – dobitnie podkreśliła to słynna już mowa wiceprezydenta JD Vance’a na niedawnej konferencji bezpieczeństwa w Monachium) – obecne stosunki między Berlinem i Waszyngtonem są w teorii „partnerskie”, w praktyce jednak lodowate. I przepełnione wzajemną nieufnością.
Gdzie jest nasze złoto?
Wszystko to sprawiło, że Niemcy raptownie przypomnieli sobie o swoim złocie… którego znaczna część znajduje się właśnie w USA. Konkretnie, w podziemiach nowojorskiego oddziału Rezerwy Federalnej. Skądinąd czy faktycznie ono tam fizycznie jest, to kwestia nieco dyskusyjna. W ostatnim czasie w samych Stanach Zjednoczonych coraz silniejsze są wątpliwości i podejrzenia dot. tego, czy w skarbcach Fortu Knox faktycznie jest ich własne złoto, które powinno tam być.
Czy też – w ciągu dekad zdążyło odjechać pociągiem widmo w niezbadany niebyt, gdzie słuch o nim zaginął. W USA mnożą się wezwania, by sprawę zbadał DOGE, a tymczasem Niemcy sami zaczynają się niewcześnie interesować swymi zasobami złota. Kwestia bowiem nie jest błaha. Oficjalnie rezerwy RFN opiewają na 3352 ton, co daje im w teorii drugie miejsce na świecie, zaraz po amerykańskich (jedynie „w teorii”, nie wiadomo bowiem, ile naprawdę złota mają skupujące je w ogromnych ilościach Chiny).
Z tej kwoty jednak 37%, czyli około 1236 ton kruszcu jest właśnie w Nowym Jorku. To skądinąd mająca całe dekady praktyka. Niegdyś, w epoce Zimnej Wojny, miało to na celu zabezpieczenie niemieckich rezerw złota na wypadek faktycznej sowieckiej inwazji i upewnienie się, by nie wpadły ono w ręce „wyzwoleńczych” wojsk Układu Warszawskiego. Potem stan ten utrzymywał się zarówno siłą inercji, jak i na skutek praktycznych korzyści, jakie zapewniał bliski dostęp do nowojorskiego rynku finansowego.
Policzyć – ale tak, żeby wynik był *właściwy*
Teraz jednak niektórzy niemieccy politycy chcą, by coś z tym zrobić – oficjalnie z powodu nieufności wobec Trumpa. Domagają się oni, by przedstawiciele Bundesbanku własnoręcznie przeliczyli sztabki wchodzące w skład niemieckich rezerw. Niewykluczone jest także nasilenie dążeń do repatriacji złota. Częściowo zresztą już do niej doszło w ciągu ostatniej dekady – acz nie bez problemów. I nie bez trwających latami opóźnień. Zupełnie jakby repatriowane złoto trzeba było najpierw odkupić…
Co ciekawe jednak, niemiecki bank centralny twierdzi, że wszystko jest w porządku i ma on pełne zaufanie do partnerów z Fed. Trudno tu powstrzymać się od pytania: czy Bundesbank faktycznie szczerze żywi owo zaufanie? Czy też po prostu na równi z kierownictwem innych banków centralnych boi się tego, co nastąpiłoby po przyznaniu, że rezerw złota „nie ma i nie będzie”, zaś oparte o nie systemy walutowe opierają się w istocie na wielkim złudzeniu?