Tygodniowy przegląd giełdowy Wojciecha Białka | Strach przed epidemią padł na rynki

1 073

Do 19 lutego, kiedy to S&P 500 jeszcze ustanawiał swój kolejny historyczny rekord, amerykański rynek akcji generalnie ignorował kwestie epidemii chińskiego koronowirusa wychodząc z założenia, że jest to generalnie lokalny azjatycki fenomen, który zresztą został już opanowany. Dopiero ujawnienie istnienia nowych dużych ognisk epidemii w Korei Południowej a przede wszystkim w Europie zmieniło tę percepcję, przy czym ta zmiana była radykalna.

Wystarczy powiedzieć, że w minionym tygodniu S&P 500 stracił 11,5 proc. i był to największy tygodniowy spadek wartości tego indeksu od października 2008 roku, czyli od czasu pamiętnego załamania rynków akcji wywołanego przez niespodziewane bankructwo banku inwestycyjnego Lehman Brothers.

O tym, że inwestorzy zostali generalnie zaskoczeni takim rozwojem wydarzeń świadczy to, że tak silny spadek – -12,8 proc. w ciągu 7 sesji – rozpoczął się tuż po ustanowieniu przez S&P 500 historycznego rekordu, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. W przeszłości tak silne 7-sesyjne spadki oczywiście się już miały miejsce, ale zawsze te spadki były poprzedzane krótszym lub dłuższym okresem dystrybucji akcji na wysokich poziomach, z których ceny akcji wychodziły później dynamicznie dołem. Silniejsze 7-sesyjne wyprzedaży zdarzały się często w okresie Wielkiej Depresji z lat 30-tych XX-wieku i okresie II Wojny Światowej z lat 40-tych, ale później było jedynie 6 takich przypadków (maj 1962, październik 1987, lipiec 2002, październik 2008, listopad 2008 i sierpień 2011).

Źle wyglądał indeks niemieckiego rynku akcji DAX, który przełamał linię 14-miesięcznego trendu wzrostowego i bardzo przypominał samego siebie z początku lutego 2018, kiedy to globalne rynki akcji reagowały na rozpoczynaną wtedy przez USA wojnę handlową z Chinami.

Jeśli chodzi o polski rynek, to o ile w przypadku indeksu akcji najmniejszych spółek czyli sWIG-u, a także indeksu spółek z rynku New Connect pomimo silnych spadków ciągle jeszcze można mówić o korekcie wcześniejszych wzrostów:

… o tyle zdominowany przez akcje największych spółek WIG i WIG-20 (którego wartość nie uwzględnia wypłacanych dywidend) załamały się poniżej kluczowych wsparć i osiągnęły poziomy ostatnio obserwowane w 2016 roku. Te przełamane kluczowe poziomy wsparcia będę podczas ewentualnych przyszłych prób odbicia działać jako poziomy oporu:

Na świecie najsłabszych sektorem w ciągu tych 7 dni wyprzedaży był sektor producentów i dystrybutorów surowców energetycznych („energy”), zaś na drugim miejsce pod względem słabości było IT. Relatywne najmniej traciły akcje spółek produkujących podstawowe towary konsumpcyjne („consumer staples”; jeść trzeba nawet podczas zarazy) i akcje przedsiębiorstw użyteczności publicznej („utilities”).

Można to porównać ze zmianami względnej siły sektorowych indeksów MSCI dla świata w okresie 10 lat poprzedzających ostatnią panikę:

W typowy sposób ucieczka od nagle podwyższonego ryzyka skutkowała wzrostami cen obligacji skarbowych na całym świecie. W przypadku 10-latek rządu USA spadek ich rentowności do najniższego w historii poziomu 1,13 proc. spowodował, że – jeśli uwzględniać średnią wartość wskaźnika Cena/Zysk dla S&P 500 z ostatnich 10 lat – obligacje znowu stały się tak „drogie” w stosunku do akcji, a akcji tak „tanie” w stosunku do obligacji jak w poprzednich dołkach z 2009, 2011-12 i 2016 roku.

Powyższe sygnały naniosłem na wykres S&P 500 i rentowności 10-letnich obligacji rządu Stanów Zjednoczonych (która porusza się odwrotnie do ich ceny).

W piątek inwestorom ewidentnie zaczynało już po prostu brakować pieniędzy, bo wyprzedawano nawet złoto, które teoretycznie powinno sobie generalnie dobrze radzić w okresie silnego wzrostu ryzyka. Podczas wyprzedaży paradoksalnie jen i euro umocniły się wobec amerykańskiego dolara. Wynikało to z zamykania tzw. „carry trades”, to znaczy operacji polegających na pożyczaniu pieniędzy tam, gdzie stopy procentowe są najniższe (czyli w Japonii i strefie euro) i inwestowaniu ich tam, gdzie można uzyskać największe zyski (do 19 lutego był to amerykański rynek akcji). Teraz te „carry trade” były zamykane, a waluty Japonii i strefy euro odkupowane, by spłacić zaciągnięte kredyty.

Cena ropy naftowej znalazła trafiła na poziom dołka sprzed 14 miesięcy (jeśli wprowadzone zostaną kolejne kwarantanny a la Wuhan, to zapotrzebowania na paliwa mocno spadnie).

Rynek pieniężny nabrał graniczącego z pewnością przekonania (95 proc.), że Rezerwa Federalna obniży obniży na swoim posiedzeniu 18 marca (albo wcześniej) wysokość podstawowych stóp procentowych w USA o całe pół punktu procentowego.

Czego tak bardzo przestraszyli się inwestorzy na całym świecie – bo bardzo silne spadki nie dotknęły oczywiście tylko amerykańskich akcji? Oczywiście powtórzenia się w Europie, USA i wielu innych krajach sytuacji z chińskiej prowincji Hubei, w której władze musiały zastosować drakońskie środki by – jak się wydaje skutecznie – zahamować rozwój epidemii nowego koronowirusa, co niewątpliwie zdławiłoby rodzące się nieśmiało w ostatnich miesiącach cykliczne ożywienia gospodarcze i zapewne wepchnęłoby świat w pierwszą od lat 2007-2009 recesję.

Wcześniej takie zagrożenie były raczej lekceważone, do czego być może przyczyniała się pamięć o epidemii „świńskiej grypy” z lat 2009-2010, która została bardzo nagłośniona (w tym przez WHO), co skłoniło rządy wielu krajów do masowych zakupów szczepionek, a co później było krytykowane jako marnotrawne działanie, które przyniosło korzyść głównie koncernom farmaceutycznym (Polska była nawiasem mówiąc jedynym krajem, który się wtedy na zakup szczepionek nie zdecydował).

Co różni obecną sytuację o ówczesnej? No cóż, przede wszystkim nie mamy do czynienia z grypą. Jest już gotowy wstępny raport komisji 25 międzynarodowych eksportów wysłanych przez Międzynarodową Organizację Zdrowia (WHO) do Chin by na miejscu zbadać sytuację. Znalazły się w nim między inne informacje, że 5 proc. osób zarażonych wirusem SARS-CoV-2 wymaga podłączenia do respiratora a dodatkowe 15 proc. tlenoterapii (podawania stężonego tlenu). I na tym polega przede wszystkim specyfika nowej epidemii powodującej u części pacjentów atypowe zapaleniu płuc. W momencie jej eksplozywnego rozwoju prawie natychmiast wyczerpywane zostają istniejące zasoby służby zdrowia (w naszym kraju na 10 tysięcy mieszkańców przypada średnio 0,94 łóżka na Oddziałach Intensywnej Opieki Medycznej; a przecież zwykle łóżka te nie stoją wolne czekając na pacjentów). W efekcie chorym nie można udzielić pomocy, która w normalnej sytuacji uratowałaby by im być może życie. Zresztą już zwykłe zapalenie płuc jest groźną chorobą dla osób starszych: według danych z USA i Australii dla pacjentów w wieku ponad 65 lat trafiających z zapaleniem płuc do szpitala prawdopodobieństwo zgonu w przeciągu 30 dni wynosi 11-12 proc. Dla młodych ludzi koronawirus nie stanowi poważnego zagrożenia (chociaż nic na razie nie wiadomo o długoterminowych skutkach zarażenia). Przykładowo nie zmarło do tej pory żadne dziecko, a śmiertelność dla nastolatków wynosi jedynie 0,1 proc. Ale według danych WHO uzyskanych w Chinach śmiertelność stopniowo rośnie wraz z wiekiem dla 50-latków wynosząc już 1,3 proc., 60-latków 3,6 proc., 70-latków 8 proc., a 80-latków 14,8 proc. Dla osób wcześniej chorujących na choroby serca, cukrzycę, nadciśnienie, chroniczne choroby układu oddechowego czy raka śmiertelność rośnie do przedziału 7,6-13,2 proc.

W niedzielne popołudnie wykrytych przypadków koronowirusa w Niemczech było już 117 a we Francji 104, czyli mniej więcej tyle ile we Włoszech w poniedziałek 6 dni wcześniej. Obecnie we Włoszech potwierdzonych przypadków jest 1128, czyli tyle ile było w Korei Południowej w środę 4 dni temu. Obecnie w Korei Południowej potwierdzono już 3736 przypadków, czyli tyle ile było w chińskiej prowincji Hubei 28 stycznia. Obecnie jest tam prawie 70 tysięcy chorych osób i na szczęście ta liczba już przestała silnie rosnąc. Moi sąsiedzi właśnie wrócili z nart w północnych Włoszech…

Przepraszam, że tak dużo miejsca poświęcam kwestii epidemii, ale skoro rynki spanikowały tak silnie, to chyba dobrze przyjrzeć się temu, co je tak przestraszyło.

Scenariusz optymistyczny: rzut oka na mapę rozprzestrzeniania się epidemii uświadamia, że wirus słabo na razie radzi sobie na półkuli południowej, na której panuje obecnie lato. Sezon na grypę trwa na półkuli północnej od października do marca, a później choroba zanika na pół roku, bo po prostu wirus nie lubi wysokiej temperatury (i też podwyższonej wilgotności). Jeśli SARS-Cov-2 jest podobny, to wiosną będziemy się śmiali z ostatniej paniki, która stworzy doskonałą okazję do zakupów „ryzykownych” aktywów (akcji i części surowców) i do sprzedaży „bezpiecznych” aktywów (czyli obligacji skarbowych).

Politycy stoją teraz przed niezwykle trudnym dylematem. Mogą próbować ignorować problem licząc, że nadejście wiosny rozwiąże problem ryzykując zarazem, że gra na czas spowoduje całkowite wymknięcie się sytuacji spod kontroli, albo de facto wywołać recesję gospodarczą powielając – jak się wydaje skuteczne – drastyczne metody chińskich komunistów.

Scenariusz pesymistyczny: można jakiś sobie znaleźć w dowolnym apokaliptycznym filmie czy serialu.

Wojciech Białek, K(NO)W FUTURE

Komentarze