„Karaluchy” w sieci. Rząd drży przed aplikacją, która obaliła władzę w sąsiednim kraju

„Karaluchy” w sieci. Rząd drży przed aplikacją, która obaliła władzę w sąsiednim kraju

Indyjskie władze, coraz bardziej zaniepokojone masowymi protestami młodzieży, które przetaczają się przez Indie, sięgają po coraz bardziej autorytarne środki, by sparaliżować komunikację między demonstrantami. Tamtejsze Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wydało właśnie nakaz usunięcia z GitHuba wszystkich repozytoriów kodu źródłowego aplikacji Bitchat – komunikatora opartego na technologii Bluetooth mesh, który umożliwia przesyłanie wiadomości bez dostępu do Internetu, sieci komórkowej czy nawet lokalnego Wi-Fi. Decyzja ta, wydana z terminem wykonania wynoszącym zaledwie trzy godziny, miała zapaść w reakcji na doniesienia, że Bitchata używają – o zgrozo – uczestnicy protestów.

Oczywiście nie od rzeczy byłoby pytanie, jakim to w zasadzie prawem Indie pozwalają sobie cokolwiek nakazywać GitHubowi, portalowi należącemu obecnie do Microsoftu i jako żywo nie mającemu swej siedziby na subkontynencie? Byłby to zarazem kolejny przypadek okazywania przez państwa i rządy nieumiarkowanej pychy i arogancji, która jeszcze całkiem niedawno byłaby nie do pomyślenia nawet w ich przypadku. Tak bowiem należy określić samowolne uznawanie polityków i urzędników, że ich władza nie kończy się na ich własnych granicach państwowych, i że wolno im rządzić się również poza tymi granicami oraz wydawać rozkazy, nie prośby, osobom i firmom, które legalnie im nie podlegają i nie muszą się ich słuchać.

Nie poddają się „legalnej inwigilacji”!

Odkładając na bok tę niewesołą konkluzję, próba wymuszenia blokady Bitchata ze strony indyjskich władz stanowi eskalację dotychczasowych działań indyjskich władz, które od czerwca systematycznie odcinają dostęp do sieci w regionach objętymi studenckimi protestami. W odpowiedzi na te próby uczestnicy trawiących Indie protestów zaczęli szeroko używać właśnie tej aplikacji. Mechanizm działania Bitchata opiera się na Bluetooth Low Energy (BLE) z nominalnym zasięgiem 10-30 metrów. Architektura mesh network pozwala jednak wiadomościom „przeskakiwać”, korzystając z telefonów innych uczestników tejże sieci jako mini-serwerów, wykonując do siedmiu skoków na drodze do adresata.

Teoretycznie rozszerza to zasięg tej niewymagającej jakiejkolwiek scentralizowanej infrastruktury do 300 metrów – oczywiście w warunkach otoczenia z dużym zagęszczeniem telefonów korzystających z aplikacji, ale akurat o niedostateczny tłok w Indiach raczej nie trzeba się martwić. Naturalnie dokładnie ta niezależność od tejże scentralizowanej infrastruktury, którą można by w dowolnym momencie wyłączyć, sprawia, że Bitchat stanowi igłę w oku wszelkiego rodzaju autorytarnych lub totalitarnych władz – dokładnie zresztą w tym celu ta aplikacja powstała, przynajmniej jeśli wierzyć Jackowi Dorseyowi, którego startup stoi za jej stworzeniem (i od którego pochodzi informacja o żądaniach, jakie Indie skierowały pod adresem GitHuba).

Tak też zresztą przedstawiły to indyjskie władze, które tym razem – w odstępstwie od zwykle spotykanych, kłamliwych zapewnień o „obawach związanych z bezpieczeństwem” – wprost przyznały, że celem blokady jest zamordyzm. Jak twierdzi Indyjskie Centrum Koordynacyjne ds. Cyberprzestępczości (I4C), komórka rządu, która wysłała owo żądanie, Bitchat umożliwia obejście „przymusowej rejestracji użytkownika”, narzucanego temu ostatniemu obowiązku „weryfikacji numeru telefonu” oraz „scentralizowanego gromadzenia danych telekomunikacyjnych”. To z kolei sprawia, że użytkownicy są w stanie ominąć „legalną inwigilację” oraz „legalne przechwytywanie danych” przez organa ścigania. No ba, przecież właśnie o to im chodzi…

Za skandaliczne uważa I4C, że ludzie mogą się dzięki temu „anonimowo komunikować” , i to nawet wtedy, gdy „kompetentne władze” nakażą blokadę jakiejkolwiek komunikacji, a także „rozsiewać dezinformacje”, organizować „nielegalne zgromadzenia” czy „radykalizować” nastroje przeciwko państwu. Najwyraźniej dla indyjskich biurokratów państwowych naturalna ludzka skłonność do omijania głupich i represyjnych zakazów oraz cenzury jest czymś nowym. Wprost ciężko jednak uwierzyć, że jakiś urząd, i to jeszcze z kraju oficjalnie uchodzącego za demokratyczny, tak ostentacyjnie obnosi się z totalną pogardą dla informacyjnej podmiotowości jednostki. W pewien sposób trudno nie zrozumieć ludzi, którzy protestują przeciw takiemu państwu.

Indie wstrząsane przez Karaluchy

W Delhi od czerwca trwają masowe protesty organizowane przez Ludową Partię Karaluchów (Cockroach Janta Party, CJP) – ruch zainicjowany jako internetowe szyderstwo z jednego z sędziego Sądu Najwyższego, który karaluchami pozwolił sobie określić młodszych wyborców. Założony jako żart, w ciągu dwóch miesięcy niemal samoistnie, niesiony falą społecznego niezadowolenia, przekształcił się w zupełnie realną siłę polityczną. A w każdym razie zdolną zmobilizować tysiące demonstrantów na ulicach indyjskich miast, którzy gromadzą się na nich pomimo podejścia rządu premiera Narendry Modiego, którego jedyną odpowiedzią na manifestacje jest argument siły oraz policyjne i administracyjne represje.

Prócz Bitchata, Ludowa Partia Karaluchów z upodobaniem wykorzystuje platformę Discord jako narzędzia koordynacji protestów, weryfikacji faktów i organizacji pomocy medycznej. Wzoruje się tutaj na metodach wypracowanych przez uczestników protestów w pobliskim Nepalu zaledwie rok wcześniej. We wrześniu ub.r. podobny ruch szeroko rozumianej młodzieży – w odpowiedzi na próbę wprowadzenia kagańcowych przepisów o mediach społecznościowych, totalnie podporządkowujących władzom platformy cyfrowe – doprowadził w tym ostatnim kraju do rewolucji, gwałtownie obalając rząd. Właśnie w głosowaniach na Discordzie wybrano wówczas społeczną kandydatkę na premiera, która faktycznie objęła ten urząd.

Podobieństwa między ubiegłorocznymi doświadczeniami Nepalu a tym, co przeżywają obecnie Indie, nie mogły umknąć politykom w Delhi – dla których, prócz samej zdecentralizowanej komunikacji cyfrowej, niepokojące musi być zwłaszcza udowodnienie, że odsunięcie od władzy zasiedziałego establishmentu jest jak najbardziej możliwe bez tradycyjnych struktur partyjnych, scentralizowanych organizacji oraz sutych środków na finansowanie działalności politycznej. Ich reakcja na protesty jest w związku z tym oceniana jako uprzedzająco ostra i represyjna. Zarazem jednak pozostaje, przynajmniej niekiedy, nieudolna i nieskuteczna – jak właśnie w odniesieniu do Bitchata, w przypadku którego tępy przymus po prostu nie wystarczy.

Nawet bowiem, gdy GiHub (tj. Microsoft) żądaniu indyjskich władz się podporządkuje (a niemal na pewno to uczyni, ma przecież interesy w Indiach), to blokada repozytoriów na tym portalu i tak stanowić będzie gest zaledwie symboliczny. Kod Bitchata jest przecież rozproszony po setkach i tysiącach forków czy mirrorów, zaś aplikacja działająca w trybie peer-to-peer nie ma jednego centralnego słabego punktu, w który wystarczy uderzyć, by cała sieć utraciła funkcjonalność. Ciekawe czy cyfrowi eksperci z I4C nie zdają sobie z tego sprawy? Czy też doskonale wiedzą, że jest to krok zupełnie bezsensowny – jednak mimo to podejmują go, by móc pokazać swym tkwiącym w technologicznej ignorancji zwierzchnikom politycznym, że urząd „coś robi”…?

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!