„Ludowa Partia Karaluchów” przebojem na scenie politycznej. Żart nabiera śmiertelnej powagi dzięki internetowym zasięgom
Ludowa Partia Karaluchów szturmuje indyjską politykę. Inicjatywa, która zrodziła się jako żart z arogancji i zadufania tamtejszego sądownictwa, zyskuje zupełnie poważny wymiar – zdolny, potencjalnie, namieszać w przyszłych wyborach. A przede wszystkim, utrudnić życie przedstawicielom indyjskiego establishmentu politycznego, przyzwyczajonych do komfortu i braku odpowiedzialności przed wyborcami.
Na pierwszy rzut oka, niniejszy tekst powinien się znaleźć nie w dziale z doniesieniami politycznymi lub społecznymi – lecz w rubryce z absurdami ze świata. Dlaczego tam się w takim razie nie znalazł? Głównie dlatego, że fenomen jego zaistnienia ma zupełnie realne podłoże społeczne i technologiczne – dokładniej zaś mówiąc, nie miałby on szans zaistnieć (a przynajmniej nie jako poważne zjawisko), gdyby nie osiągnięcia współczesnej komunikacji internetowej, których wpływ na politykę, kulturę i zwyczaje społeczne pozostaje czynnikiem wymykającym się tradycyjnemu rozumieniu i postrzeganiu tych kategorii.
Nadzwyczajna (nomen omen) kasta
Impulsem, który stworzył najszybciej rozwijającą się partię polityczną największego demokratycznego kraju na świecie (no, z tą demokracja to bywa tam różnie, ale umownie…) była dosłownie jedna wypowiedź. Jej autorem był niejaki Surya Kant, prezes Sądu Najwyższego Indii, który w czasie rozprawy pozwolił sobie określić miliony bezrobotnych młodych Hindusów, którzy angażują się w społeczne dziennikarstwo oraz aktywizm – słowem, robią szum w Internecie – jako karaluchy i pasożytów, z którymi on i jego instytucja muszą, pomimo swego zdegustowania, się zadawać.
Należy zrozumieć pana sędziego. W końcu – będąc przyzwyczajonym do uniżonych i zadających serwilistyczne pytania ekip oficjalnych telewizji – nie nawykł on do bezczelnych studenciaków, którzy nie tylko za nic mają majestat lepszych od siebie godność zawodową przedstawicieli sądownictwa, ale też, grasując z rejestrującymi wszystko smartfonami, nękają jaśnie sędziów niewygodnymi pytaniami lub cykają im niepochlebne fotki. Kto to widział, żeby byle kto z ulicy, nie należący do dobrego towarzystwa, zadawał złośliwe pytania lub krytykował sędziów online…
Reakcja na słowa pana sędziego w sferze publicznej była przewidywalna (czyżby zapomniał on, że rozprawy są protokołowane…?). Fala krytyki i wściekłości podniosła się taka, że Kant musiał się tłumaczyć – twierdząc, że wcale nie miał na myśli dziennikarzy amatorów oraz wścibskich krytyków sądu, i że chodziło mu wyłącznie o ludzi posługujących się fałszywymi dyplomami ukończenia szkół i studiów, clou swojej wzgardy kierując pod adresem ludzi, którzy, właśnie na podobieństwo karaluchów, „nie znajdują zatrudnienia ani miejsca w zawodzie”.
Partia sfrustrowanych – i technicznie ogarniętych
Tym niemniej wiarygodność tych tłumaczeń okazała się, mówiąc dyplomatycznie, niewielka, zaś słowa o karaluchach i pasożytach miliony Hindusów odebrały bardzo personalnie. Reagowali oni nie tylko krytyką, ale także narzędziem znacznie straszniejszym dla wszelkiego rodzaju władz – kpiną. Właśnie formą kpiny miała być szybko założona Cockroach Janta Party (CJP), czyli Ludowa Partia Karaluchów, pomyślana głównie jako internetowa społeczność skoncentrowana na żartach i happeningach, pojawiając się na akcjach sprzątania i protestach przebrani w stroje karaluchów. Tyle, że satyra prześcignęła rzeczywistość.
Za inicjatywą stoi Abhijeet Dipke, absolwent public relations z Boston University, który w ciągu 24 godzin od opublikowania pomysłu zebrał 15 tysięcy zgłoszeń przez Google Form, a hashtag #MainBhiCockroach („Ja też jestem karaluch”) stał się viralowy. W ciągu zaledwie pięciu dni od opublikowania pierwszego postu na ten temat, ruch zyskał 10 milionów obserwujących na Instagramie, wyprzedzając pod względem popularności oficjalne konto rządzących Indiami Bharatiya Janata Party (BJP), zaś do ruchu do ruchu zapisało się ponad 400 tysięcy osób – z czego około 70 procent w wieku 19–25 lat.
Od kandydatów na członków ironicznie wymaga się takich cech jak „bezrobotny”, „leniwy”, „chronicznie przebywający online” i „potrafiący zawodowo narzekać”. Nowa partia nie ma statusu formalnie zarejestrowanej partii politycznej, ale jej manifest – choć satyryczny – zawiera konkretne postulaty: zakaz zajmowania miejsc w izbie wyższej parlamentu (Rajya Sabha) przez emerytowanych sędziów, połowa stanowisk w parlamencie i rządzie dla kobiet, walka z dezinformacją i gwarancje wolności mediów czy 20-letni zakaz sprawowania urzędów przez polityków często i koniunkturalnie zmieniających barwy partyjne.
Żart prześciga życie – i zaczyna je kształować
Co logiczne przy tak masowej popularności, partia karaluchów przyciągnęła uwagę „prawdziwej” opozycji politycznej, dla której poparcie wyraził szereg liderów istniejących ugrupowań. Nic dziwnego, bowiem skala frustracji młodszych kategorii wyborców w Indiach jest znacząca (oficjalna stopa bezrobocia w 2025 roku wyniosła 3,1 procent, ale wśród osób w wieku 15–29 lat sięgała 9,9 procent). Co więcej, postulaty, które głosi Ludowa Partia Karaluchów – te odnoszące się do personalnej odpowiedzialności sędziów i polityków – okazały się dokładnie odzwierciedlać nastroje licznych kręgów ludności.
Jak twierdzą założyciele CJP, porównanie do karalucha – nie cierpianego, a zarazem upartego, odpornego i trudnego do wytępienia – stało się trafnym symbolem zdolności Hindusów do radzenia sobie w warunkach niskich oczekiwań oraz marnych perspektyw ekonomicznych i życiowych dla milionów mieszkańców subkontynentu. W tym kontekście nasuwające się porównania Ludowej Partii Karaluchów (m.in. do Polskiej Partii Przyjaciół Piwa czy Komitetu Wyborczego Wyborców „Krasnoludki i Gamonie”, by sięgnąć po rodzime przykłady) nie są do końca poprawne.
Tamte ugrupowania były bowiem – i pozostały – czysto satyrycznymi partiami protestu. Niewykluczone natomiast, ze Partia Karaluchów może w przyszłości mieć więcej wspólnego z przypadkiem z Nepalu: gdzie, w toku zeszłorocznych masowych protestów przeciw skorumpowanym władzom, kandydatkę na nowego premiera (która faktycznie to stanowisko objęła i została na nim uznana przez armię) wybrano w głosowaniu na Discordzie, które początkowo także traktowano jako żartobliwe.
