Sprzedawcy marihuany pozwani za „brak ostrzeżenia o ryzyku” wynikającym z palenia konopii. Czy ktoś tu ma tzw. fazę…?
Czterech największych amerykańskich producentów i dystrybutorów marihuany rekreacyjnej – Cresco, Curaleaf, Green Thumb Industries oraz Verano – zostało pozwanych. W powództwach zbiorowych, wniesionych do sądów w stanach Illinois i Connecticut, zarzuca im się niepoinformowanie konsumentów swych produktów o udokumentowanych zagrożeniach zdrowotnych związanych z używaniem ich produktów, przy jednoczesnym promowaniu ich rzekomych właściwości leczniczych. Tak tak, bo przecież ostrzeżenie na opakowaniu skłoni do refleksji każdego chętnego na jointa…
Złożone pozwy, złożone tak w sądach stanowych, jak i federalnych, obejmują przypadki konsumentów z 13 stanów, gdzie marihuana jest legalna, przynajmniej w odniesieniu do dorosłych (w praktyce – wiadomo, jak to wygląda), w tym także w celach określanych eufemistycznie jako rekreacyjnych. Powództwa opierają się na badaniach naukowych, które wykazały, że używanie marihuany może zmieniać ludzkie DNA, powodować psychozę, a także zwiększać ryzyko zgonu z powodu chorób sercowo-naczyniowych, nowotworów i innych przyczyn.
Dodatkowo, podkreśla się, że cannabis o wysokiej mocy są silnie uzależniające i mogą przyczyniać się do rozwoju zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia, myśli samobójcze oraz depresja. W jednym z pozwów przytoczono dane, że stany, które zalegalizowały rekreacyjną marihuanę, odnotowały 12-procentowy wzrost hospitalizacji z powodu schizofrenii i innych zaburzeń psychotycznych. Z jednej strony, to przecież nic nowego. Nie od dziś wiadomo przecież, że zażywanie marihuany – jak to w przypadku narkotyku – jest, łagodnie ujmując, niepozbawione elementu ryzyka.
Z drugiej strony – fala legalizacji powszechnej sprzedaży marihuany w wielu stanach otworzyło prawdziwą żyłę złota przed prawnikami szukającymi okazji, by pozwać kogoś z zyskiem. I choć przecież każdy, kto decyduje się palić konopie indyjskie, albo zdaje sobie sprawę z zagrożenia, albo przynajmniej powinien (jako że głupota nie zwalnia z odpowiedzialności), to całe kręgi prawniczej palestry ruszyły teraz do sądów, uzbrojone w argumenty, że klienci nie wiedzieli, że palenie marihuany bywa szkodliwe. I gdyby producenci tylko ostrzegli, to na pewno by się na to nie zdecydowali. Z pewnością.
Pozew w oparach marihuany
Sprawy zostały złożone przez konsorcjum kancelarii prawnych, w tym Weitz & Luxenberg, Burke Law Group oraz Franks Gerkin Ponitz & Greeley, i są pierwszymi w USA klasowymi pozwami przeciwko branży marihuany o tak szerokim zasięgu. Powództwa obejmują roszczenia z tytułu naruszenia stanowych ustaw o ochronie konsumentów, oszustwa pospolitego oraz przestępstw na mocy federalnej ustawy RICO (Racketeer Influenced and Corrupt Organizations Act), penalizującej działalność w ramach struktur przestępczości zorganizowanej oraz powiązanych aktywności.
Jak twierdzą owe kancelarie, pozwane firmy generują miliony dolarów przychodów rocznie, a ich strategia marketingowa opiera się na promowaniu produktów jako bezpiecznych, a nawet terapeutycznych, pomimo braku wystarczających dowodów naukowych na ich lecznicze działanie. Powództwa nie dążą do zamknięcia punktów sprzedaży, no skądże – ale do zobowiązania sprzedawców do umieszczenia widocznych ostrzeżeń o potencjalnych zagrożeniach, w tym o ryzyku rozwoju zaburzeń psychicznych, uzależnienia oraz konsekwencji zdrowotnych. Oraz oczywiście podzielenia się wspomnianymi milionami.
Zbiorowo pozywający – a w praktyce reprezentujący ich adwokaci – domagają się bowiem, jakżeby inaczej, pieniędzy – tytułem odszkodowań za zakup produktów, do których rzekomo skłoniono ich pod „fałszywymi przesłankami”. Ciekawe, czy wymyślając zarzuty,
