Rząd, państwowe banki chcą „mobilizacji” obcych walut w rękach obywateli
Ze względu na gwałtownie pogarszający się bilans handlowy, Indie na gwałt potrzebują gotówki – w dewizach, a zwłaszcza w dolarach. Tamtejsze władze szukają jej, bez zaskoczenia, w kieszeniach obywateli. Problem (dla rządu) w tym, że oszczędności denominowane w obcych walutach mają w swej dyspozycji głównie Hindusi mieszkający i zarabiający za granicą – których państwowa miotła fiskalna nie dosięgnie. Antidotum na tę sytuację rząd premiera Narendry Modiego widzi w państwowych bankach. I chce, by to te banki „załatwiły” mu gotówkę.
W ten właśnie sposób można streścić – bez zbędnych upiększeń i zabiegów retorycznych – przesłanie, jakie dla prezesów indyjskich banków państwowych miała minister finansów, Nirmala Sitharaman. Oficjalnie pani minister zaapelowała, aby banki należące do indyjskiego państwa „podjęły kroki w celu zintensyfikowania pozyskiwania depozytów walutowych” od hinduskiej diaspory (NRI – non-resident Indian). W praktyce sprowadza się to do tego samego – Indie potrzebują dolarów, a rząd chce, by obywatele nimi dysponujący te dolary wpłacili.
Oczywiście, indyjskie władze zdają sobie sprawę, że nie są w stanie przymusić ich do tego siłą. Dlatego resort finansów naciska, aby banki zaoferowały atrakcyjne warunki, obejmujące oprocentowanie („do 4,49% rocznie”) na depozyty FCNR (tj. Foreign Currency Non-Resident). Jednocześnie zapewnia, że Bank Rezerw Indii (RBI) zrekompensuje państwowym bankom pełne koszty zabezpieczenia walutowego.
To nie wszystko – do końca b.r. ma też obowiązywać okno swapowe w odniesieniu do zagranicznych pożyczek komercyjnych (ECBs – chodzi tu o external commercial borrowing, nie o Europejski Bank Centralny) i zagranicznych pożyczek walutowych (OFCBs – overseas foreign currency borrowings). W ten sposób banki, przyjmując dolary od Hindusów zza granicy, sprzedawałyby je RBI po kursie referencyjnym, który z kolei miałby gwarantować im odkup po tym samym kursie za 3–5 lat.
W rezultacie takich manewrów Indie miały w ciągu ostatnich dwóch tygodni podpompować swoje rezerwy o 7,26 mld dol. A trzeba przyznać, że władze tego kraju bardzo potrzebują teraz tych pieniędzy.
Indie na naftowym widelcu
Indie stoją bowiem w obliczu załamania bilansu płatniczego kraju. Jego przyczyną jest głównie ropa i paliwa – które kraj ten niemal w całości importuje. Tymczasem najnowsza i właśnie znów ożywająca wojna w Zatoce Perskiej doprowadziła do ogromnych podwyżek cen tychże paliw (w kwietniu tego roku wynosić one miały 53 proc. w porównaniu do cen z końca lutego), co w radykalny sposób pogłębiło indyjski deficyt handlowy oraz spotęgowało odpływ środków dewizowych poza granice. A to właśnie tymi środkami Indie, trzeci największy importer paliw świata, za nie płaci.
Są one przy tym szczególnie mocno narażone na wstrząsy w regionie Bliskiego Wschodu – 90% zapotrzebowania na ropę i 60% na gaz ziemny pokrywane jest przez surowce z Zatoki Perskiej. Zamknięcie Cieśniny Ormuz, przez którą przepływa 20% globalnego handlu ropą, uderzyło w indyjską gospodarkę z podwójną siłą: podrożały nie tylko paliwa, ale i nawozy, co zagroziło bezpieczeństwu żywnościowemu. Nie zdołał tego zrekompensować zwiększony import z innych kierunków, jak Rosja czy Wenezuela.
Rząd, w poszukiwaniu szybkich rozwiązań, sięgnął po radykalne restrykcje na import złota (druga największa pozycja w bilansie importowym kraju) – w znaczący sposób ów import redukując, jednak zarazem doprowadzając do gwałtownego odrodzenia przemytu kruszcu. Wszystko to spowodowało, że indyjska rupia, jeszcze niedawno chwalona za swą relatywną stabilność, w pierwszych miesiącach tego roku straciła ponad 6 proc. wartości roku, zaś obserwatorzy ostrzegają, że przy przedłużającym się konflikcie jej kurs może spaść poniżej 110 za dolara.
„Mobilizując” dolary Hindusów, władze próbują usilnie temu przeciwdziałać.
