Piekło zamarzło. Ferrari wypuszcza elektryka za pół miliarda i mówi fanom wprost: nie kupujcie go

Piekło zamarzło. Ferrari wypuszcza elektryka za pół miliarda i mówi fanom wprost: nie kupujcie go

Ferrari przez dekady sprzedawało nie tylko samochody. Sprzedawało przede wszystkim hałas, teatr, zapach benzyny. I obietnicę, że gdzieś między czerwonym lakierem a rykiem silnika człowiek może poczuć się przez chwilę jak kierowca wyścigowy. Teraz ta sama marka pokazuje auto, które dla części jej najwierniejszych fanów brzmi jak niewybaczalna herezja. Pierwsze w pełni elektryczne Ferrari. Model nazywa się Luce, ma kosztować 550 tys. euro, oferować zasięg 530 km i pomieścić pięć osób. Ale najciekawsze wcale nie są liczby. Najciekawsze jest to, że Ferrari nie udaje, iż chce przekonać do niego wszystkich.

Ferrari szuka nowych, młodych wyznawców

Enrico Galliera, szef marketingu i sprzedaży Ferrari, powiedział wprost, że projekt celowo miał być „polaryzujący”. A do najbardziej zatwardziałych fanów spalinowej motoryzacji ma prosty komunikat: „prosimy, nie kupujcie Luce”.

Za wygląd auta odpowiada LoveFrom, firma Jony’ego Ive’a, czyli człowieka, który przez lata współtworzył estetykę Apple. I to czuć w samej idei, bo Luce (czyli „Światło”) nie próbuje być elektryczną kopią starego Ferrari. Ma być czymś osobnym. Futurystycznym, minimalistycznym, trochę chłodnym, ale zaprojektowanym tak, by za kilkanaście lat nadal wyglądało świeżo.

Ferrari wie, że gra o coś więcej niż jeden model. Średnia wieku klientów marki to 52 lata. Tymczasem świat luksusu zmienia się szybciej niż kiedyś. Młodzi milionerzy z branży technologicznej, startupów czy show-biznesu często nie mają tego samego sentymentu do silnika V12, co tradycyjni kolekcjonerzy. Dla nich elektryk nie jest zdradą. Jest naturalnym elementem świata, w którym już żyją.

Dlatego połowa osób zaproszonych na premierę Luce nie ma dziś Ferrari w garażu. To bardzo wymowne. Marka nie tylko pokazuje nowe auto. Ona szuka nowej publiczności.

Bez ryku silnika, ale z wielką stawką

Ferrari próbuje oczywiście przykryć największy problem elektrycznych sportowych aut, czyli brak doznań dźwiękowych. Luce ma generować specjalny, wibrujący dźwięk z silników i komponentów, inspirowany gitarą elektryczną. Brzmi efektownie, ale nie oszukujmy się. Dla ortodoksyjnych fanów marki to i tak będzie brzmiało jak żart. Właśnie dlatego ten samochód jest tak ciekawy. Ferrari nie sprzedaje tu po prostu auta na prąd. Sprzedaje pytanie: czy legenda zbudowana na benzynie, hałasie i wyścigowej mitologii może wejść w elektryczną przyszłość bez utraty duszy?

Firma już złagodziła swoje ambicje i zakłada, że do 2030 roku auta w pełni elektryczne będą stanowić 20% jej gamy, czyli mniej niż pierwotnie planowano. To pokazuje, że nawet w Maranello nikt nie chce palić mostów za szybko. Luce jest więc koniecznym ryzykiem. Może otworzyć Ferrari drzwi do młodszych, technologicznych elit. Ale może też przypomnieć, że w świecie luksusu nie wszystko da się przepisać na nowy napęd.

Bo Ferrari bez ryku silnika nadal może być Ferrari. Pytanie tylko, czy uwierzą w to ci, którzy przez całe życie kochali je właśnie za ten ryk.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!