UE: odwlec gospodarczą gilotynę – ale tylko o 3 lata. Metan dusi przyszłość unijnego przemysłu

UE: odwlec gospodarczą gilotynę – ale tylko o 3 lata. Metan dusi przyszłość unijnego przemysłu

Unia Europejska w poniedziałek zaproponowała odwleczenie egzekwowania narzuconych przez siebie regulacji dotyczących raportowania emisji metanu. Regulacji, które w szerokim odbiorze uznano za wyjątkowo szkodliwe ekonomicznie. Zawieszenie ma być przy tym tylko tymczasowe – raptem o trzy lata. Polityczni i biurokratyczni nababowie z Komisji Europejskiej, dzielnie walcząc z problemem, który sami z premedytacją stworzyli, odnieśli się w ten sposób do fali krytyki i sprzeciwu wobec tzw. rozporządzenia metanowego. Tyle, że w żaden sposób nie rozwiązując przyczyn tego sprzeciwu – i nie rozbrajając wiszącej nad przemysłem całej UE prawnej gilotyny.

O co w całej sprawie chodzi? O budzące, łagodnie mówiąc, silne kontrowersje przepisy dotyczące emisji metanu związanego z importem skroplonego gazu do UE. Rozporządzenie to, narzucone przez Komisję Europejską w nieomal dyktatorskim stylu – wbrew opozycji jedenastu krajów członkowskich, zasadzie pomocniczości zapisanej w traktatach założycielskich UE, licznych głosów z kręgów przemysłowych oraz pomimo oczywistej i rażącej szkodliwości gospodarczej – nakłada na zewnętrznych dostawców węglowodorów, jak LNG obowiązek śledzenia i raportowania tychże emisji na każdym etapie łańcucha dostaw surowca: od odwiertu, przez skroplenie, transport, aż do dostarczenia dystrybutorom i potem użytkownikom końcowym.

Problem nie tylko w tym, że operacje te mają najczęściej miejsce na terytorium krajów nienależących do Unii lub na wodach międzynarodowych – a zatem brukselscy urzędnicy usiłują w ten sposób uzurpować sobie władzę poza granicami UE. Nierozwiązywalnym problemem praktycznym jest to, że w złożonych międzynarodowych sieciach dystrybucji energii takie monitorowanie jest albo technicznie nieosiągalne, albo kompletnie absurdalne z punktu widzenia ekonomicznego. Co za tym idzie, ich wprowadzenie grozi paraliżem dostaw do Europy, dalszym podniesieniem cen energii i pogłębianiem ruiny konkurencyjności europejskiego przemysłu. Czołowi eksporterzy LNG już ostrzegli, że nie zamierzają stosować się do dyktatu Brukseli.

Religia państwowa UE

Co być może najgorsze z tego wszystkiego – przedstawiciele Komisji Europejskiej przyznawali, że zdają sobie z tego sprawę z destrukcyjnego charakteru tych regulacji i mają świadomość szkód, jakie wyrządzą w europejskiej gospodarce i przemyśle. Wiedzą o tym, jednak nie tylko na to nie zważają, ale wręcz czasem traktują to jako zaletę. Całe rozporządzenie metanowe od początku motywowane było bowiem przeżartymi zieloną ideologią „ambicjami klimatycznymi” unijnych decydentów. Ogromne koszty czy wręcz odcięcie dostępu do gazu skroplonego w Europie uważają oni za rzecz pozytywną, nie negatywną. Co prawda grozi to zagładą perspektyw dla wielu gałęzi przemysłu, ale za to jakże ekologicznie by było, gdyby ten przemysł upadł…

Naturalnie, nikt tego zbiorowego samobójstwa gospodarczego nie przegłosował w europejskim referendum ani podobnym plebiscycie. Starym kontynentem zdają się rządzić obłąkani klimatyczni fanatycy, którzy – i tak przecież pozbawieni demokratycznej legitymizacji (kto bowiem głosował, i co ważniejsze, kto może demokratycznie odwołać komisarza lub biurokratę Komisji Europejskiej…), za to przekonani o swojej wszechwładzy i bezkarności – nie dbają o takie drobnostki jak zgoda krajów Europy. Najwyraźniej jednak ufają, że swój zgoła sekciarki obłęd na punkcie klimatu, ów obłąkany cargo cult w dziedzinie ekologii, zdołają narzucić reszcie kontynentu jako rodzaj świeckiej religii państwowej.

Samobójstwo ze szczególnym okrucieństwem

To niestety nie pierwszy przypadek, gdy klimatyczne zaślepienie Brukseli zagraża europejskiego przemysłowi. Przykładowo mechanizm CBAM, wchodzący w życie w 2026 r., nakłada na importerów towarów „emisyjnych” opłaty odpowiadające europejskim cenom uprawnień do emisji – co w praktyce oznacza dodatkowe koszty rzędu miliardów euro dla sektorów stali, cementu, nawozów i aluminium. Z kolei niesławny system ETS, z jego przymusem płacenia za arbitralnie wymyślone „prawa” i wciąż rosnącymi cenami pozwoleń emisyjnych, już teraz wypycha produkcję za granicę Unii. Wedle dostępnych kalkulacji, kosztował on już europejskich konsumentów ponad 210 miliardów euro, przynosząc „prawie zerowy efekt” w redukcji CO₂.

Wreszcie, pakiet Fit for 55, przy jego coraz bardziej drakońskich wymogach redukcji emisji, w praktyce funkcjonować będzie – jeśli ktoś byłby na tyle szalony, by próbować go faktycznie egzekwować, nie zaś obchodzić na wszystkie sposoby – jako narzędzie deindustrializacji, nie ekologicznej transformacji UE. A do tego dochodzą przecież nie mniej głupie wykwity klimatyczno-legislacyjnego ADHD Brukseli, w stylu zakazu rejestracji nowych pojazdów z silnikami spalinowymi. Rozporządzenie „metanowe” stanowi jedynie kolejny, szczególnie groteskowy element tej wyliczanki – tym razem bezpośrednio uderzający w dostawy surowców energetycznych, których Europa potrzebuje. I będzie potrzebować również za trzy lata.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!