Chiny nakazują ignorować sankcje na rafinerie – te w coraz głębszych opałach finansowych
Chiny nakazują firmom działającym w tym kraju, aby nie przestrzegały amerykańskich sankcji nałożonych na tamtejsze rafinerie, a wprowadzonych w konsekwencji ich zaangażowania w obrót irańską ropą. Pekińskie Ministerstwo Handlu w sobotę wydało w tej sprawie formalne zarządzenie. Mimo to, chińskie rafinerie oraz sektor petrochemiczny zmagają się z poważnymi turbulencjami – których źródłem także jest Iran oraz konflikt tego kraju ze Stanami Zjednoczonymi.
Zarządzenie chińskiego resortu dotyczy konkretnie pięciu chińskich rafinerii, które administracja waszyngtońska „wyróżniła” wpisaniem na listę sankcyjną. Chodzi o jeden duży, jakkolwiek prywatny podmiot – Hengli Petrochemical (Dalian) Refinery – oraz cztery tzw. rafinerie czajniczkowe (ang. teapot refiners). Są to: Shandong Jincheng Petrochemical Group, Hebei Xinhai Chemical Group, Shouguang Luqing Petrochemical i Shandong Shengxing Chemical.
Decyzja ta stanowi krok, którym Chiny usiłują skontrować i złagodzić amerykańskie restrykcje, które od końca kwietnia 2026 roku dotknęły kluczowych graczy chińskiego sektora rafineryjnego, oskarżonych o zakup irańskiej ropy naftowej pomimo nałożonych na ten obrót sankcji. Jest zarazem próbą ulżenia chińskiej branży petrochemicznej, która – szczególnie w odniesieniu do sektora prywatnego – w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zmagała się ze zdecydowanie niełatwymi warunkami.
Bliskowschodnia wojna – wymierzona w Chiny?
W szczególności Chiny zostały mocno dotknięte najpierw przez gwałtowne zmiany w Wenezueli, a potem przez skutki wojny na Bliskim Wschodzie. Zablokowanie przez Iran Cieśniny Ormuz, obliczone jako ekonomiczna broń masowego rażenia wymierzona w Stany Zjednoczone, okazała się, w odniesieniu do samych Stanów, generalnie nieskuteczna – USA w ostatnich latach rozwinęły bowiem znaczący rodzimy potencjał wydobywczy, kontrolują też obecnie eksport i dystrybucję ropy ze wspomnianej Wenezueli.
Broń ta była nieskuteczna wobec USA – boleśnie ugodziła natomiast szereg krajów azjatyckich i (w nieco mniejszym zakresie) europejskich. W szczególności zaś Chiny. Dlaczego splot okoliczności tak mocno im się odczuć? Otóż kraj ten przez całe lata był dominującym lub niemal wyłącznym odbiorcą objętej sankcjami ropy z Wenezueli i Iranu – i sprzedawanej w związku z tym ze znacznymi upustami, wyraźnie poniżej światowych cen rynkowych.
W przerobie tej ropy specjalizowały się zwłaszcza wspomniane rafinerie czajniczkowe (nazwa ta pochodzi od ich skromnych rozmiarów oraz prostej technologii wykorzystywanej w działalności, w wyniku których instalacje te mają przypominać powiększony imbryk herbaciany). Instalacje te, stanowiące około 25% chińskich mocy przerobowych, to najczęściej niewielkie podmioty prywatne. Ich model biznesowy opierał się na zakupie surowca po zniżonych cenach, co pozwalało im utrzymywać wąskie, a czasem ujemne marże.
Suma złego na jednego
Zrazem groźba sankcji w ich przypadku, z uwagi na ich niewielkie rozmiary i brak ekspozycji zagranicznej, była mniejsza. Od początku 2026 roku sytuacja tych podmiotów uległa jednak dramatycznemu pogorszeniu. Najpierw odcięto im dostęp do taniej ropy z Wenezueli. Potem, w wyniku operacji „Epic Fury”, to samo spotkało dostawy z Iranu. Wreszcie, w ramach zaostrzenia amerykańskiej polityki sankcyjnej wobec Teheranu (operacja „Economic Fury”) zaczęły one być obejmowane sankcjami.
W szczególności w kwietniu amerykańskie władze nałożyły sankcje na Hengli Petrochemical – jednego z największych prywatnych graczy na chińskim rynku – oskarżając go o zakup miliardów dolarów irańskiej ropy i produktów naftowych. Akcje spółki spadły o 10% w ciągu jednego dnia. Kolejnym ciosem dla „teapot refineries” było ostrzeżenie amerykańskiego Departamentu Skarbu dla instytucji finansowych, że współpraca z chińskimi rafineriami przetwarzającymi irańską ropę naraża je na ryzyko sankcji wtórnych.
A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze notowany przez Chiny spadek popytu na produkty naftowe (naturalny w obliczu wzrostów cen) oraz konieczność płacenia wyższych cen za ropę zastępczą. Rafinerie te, działające na granicy opłacalności, musiały także zmagać się z problemami logistycznymi, takimi jak trudności w odbiorze surowca czy konieczność sprzedawania produktów pod zmienionymi nazwami, aby ominąć restrykcje.
Skończyła się naftowa bonanza
Wszystko to sprawia, że sektor, który dotychczas czerpał zyski z przetwarzania sankcjonowanej ropy, teraz boryka się z poważnymi trudnościami finansowymi, a nakaz ignorowania amerykańskich sankcji wydany przez Pekin jest próbą ratowania kluczowego ogniwa chińskiego przemysłu naftowego. Chiny nie tylko zakazały zresztą przestrzegania sankcji (co jednak wiąże się z sankcjami wtórnymi wobec podmiotów nieprzestrzegających), ale też przyznały prywatnym rafineriom dodatkowe kwoty importu ropy.
To jednak za mało, by do sektora powrócił optymizm. Model biznesowy ponad ćwierci chińskiej branży naftowej został w ciągu mniej niż pół roku kompletnie zakłócony przez Amerykanów. Teraz rafinerie będą go musiały odtworzyć od podstaw. Chińskie władze wyraźnie się jednak niepokoją, że nie wszystkim może się to udać.