Putin ograł Erdoğana, a i tak Rosja będzie cierpieć – o rywalizacji Ankary z Moskwą

2 737

W 21 sierpnia 2020 roku Recept Erdoğan uroczyście ogłosił, że Turcy odkryli nowe, duże złoża gazu na Morzu Czarnym. I są gotowi uruchomić ich wydobycie do 2023 roku. Turecki prezydent zapowiedział ponadto, że Turcja wciąż będzie poszukiwać nowych złóż we wschodniej części Morza Śródziemnego. Celem bowiem jest nie tylko niezależność energetyczna kraju, ale i wejście na rynek gazowych eksporterów.

Są to fatalne wieści dla Federacji Rosyjskiej. Turcja jest jednym z największych importerów rosyjskiego gazu ziemnego. Ponadto Moskwa współpracowała z Ankarą w zakresie budowy gazociągu Turk Stream, który miał służyć zarówno do sprzedaży gazu Turcji, ale i stanowić południowe wejście na rynek europejski. Na skutek amerykańskich sankcji, budowa bułgarskiego odcinka Turk Stream stanęła w miejscu. Tym samym opłacalność inwestycji stała się wątpliwa, bowiem gazociąg dubluje w tej chwili wcześniej wybudowany Blue Stream. Tymczasem na skutek kryzysu i spowolnienia gospodarczego tureckie zapotrzebowanie na gaz zmalało. Efekt jest taki, że Turcja przestała sprowadzać gaz przez Blue Stream i obecnie korzysta jedynie z nowego Turk Streamu. Podsumowując, Rosjanie wybudowali na dnie Morza Czarnego drugi gazociąg do Turcji, który w zasadzie nie daje im żadnych korzyści. Natomiast władze z Ankary nie dość, że zmniejszają ilość importu rosyjskiego gazu, to jeszcze mogą stać się w tym zakresie niezależni. Co kompletnie pozbawi sensu całą inwestycję w Turk Stream.

Jak Władimir Putin ograł Recepta Erdoğana

 Zresztą powodem zmniejszenia importu gazu z Rosji nie są tylko przyczyny gospodarcze. Relacje na linii Ankara-Moskwa znacząco się pogorszyły od października 2019 roku., kiedy to Władimir Putin objął protekcją Kurdów z Rożawy, chroniąc ich przed turecką inwazją.

Warto nadmienić, że Turcy uznają sprawę kurdyjską za priorytetową. Potencjalne utworzenie niepodległego Kurdystanu – choćby tylko na terytoriach Syrii i Iraku –  mogłoby doprowadzić nawet do wewnętrznej wojny domowej w Turcji lub amputacji jej południowo-wschodnich terytoriów. Gdzie mieszka kilkanaście milionów Kurdów. Dlatego władze z Ankary były gotowe przeprowadzić inwazję zbrojną na terytorium Syrii pod kryptonimem „Źródło Pokoju”, zmuszając Amerykanów do opuszczenia Rożawy. Recept Erdoğan postawił tym samym Waszyngton pod ścianą, nakazując wybierać: Turcja, albo Kurdowie.

Oczywistym było, że władze z USA nie zdecydują się na walkę z wojskami sojusznika z NATO. Zwłaszcza, że Turcja i jej terytorium są dla Stanów Zjednoczonych niezmiernie ważne w kontekście rywalizacji z Rosją, blokady Iranu, a także ewentualnych działań na Bliskim Wschodzie. Jednak tego rodzaju test lojalności wykonany na Amerykanach z jednej strony potwierdził ich gotowość do dokonywania trudnych wyborów na rzecz Turcji, z drugiej, postawił Waszyngton w niezwykle niekomfortowej sytuacji. I podważył wiarygodność hegemona uderzając w jego dumę. W efekcie, na skutek podjęcia akcji zbrojnej, Recept Erdoğan jeszcze bardziej skłócił się z najcenniejszym sojusznikiem. Został ponadto ograny przez Władimira Putina, przez co nie tylko nie pozbył się problemu kurdyjskiego w Syrii, ale i jeszcze stał się zależny w tej kwestii od woli Kremla. Turecki prezydent zorientował się, że zbliżenie relacji z Moskwą było ułudą. Silna Rosja posiadająca dostęp do Morza Czarnego i Zakaukazia, a także ingerująca w sprawy na Bliskim Wschodzie zawsze będzie ogromnym zagrożeniem dla Turcji.

Obecna sytuacja wygląda w ten sposób, że Federacja Rosyjska posiada dominację na Morzu Czarnym. Prowadzi grę o odzyskanie Kijowa oraz ustalenie swoich wpływów aż po Naddniestrze i Mołdawię. Co zbliżyłoby Rosjan i ich bazy wojskowe do europejskiej części Turcji. Z kolei na Zakaukaziu Rosjanie przejęli –  na skutek wojny w 2008 roku – dwie z trzech bram przez Kaukaz do Gruzji. Dzięki kontrolowaniu Abchazji oraz Osetii Południowej, mogą w ciągu kilku godzin zając Tbilisi oraz stanąć na granicy z Turcją. Ponadto Federacja Rosyjska posiada swoje bazy wojskowe w graniczącej z Turcją Armenii. Ma również duży wpływ na azersko-ormiański konflikt. Dodać do tego należy rosyjskie bazy wojskowe w Syrii, a także ogromny wpływ jaki mają decydenci z Kremla na – niewygodnego dla Turków – Baszara al-Asada. Natomiast w październiku 2019 roku, Władimir Putin pozyskał nowe karty na Bliskim Wschodzie. W postaci Kurdów. Co pozwoliło mu nie tylko zluzować rosyjskie i syryjskie siły pilnujące dotąd granicy syryjsko-kurdyjskiej, ale i zmniejszyć koszty utrzymywania wpływów politycznych w Syrii. Jednocześnie Asad, zabezpieczony od strony Rożany, może skupić swoje siły na odbijaniu pozostałych terytoriów. Zwłaszcza tych przy granicy z Turcją. Wszystko to oznacza, że Turcja musi w tej chwili utrzymywać spory kontyngent wojskowy na niemal całej swojej południowej granicy. Co zwiększa dotychczasowe koszty tureckie związane z prowadzeniem polityki w Lewancie.

Imperialistyczna polityka Erdoğana przysparza kłopotów

Recept Erdoğan zrozumiał, że dalsza współpraca i poleganie na Moskwie to droga do uzależnienia Turcji od jej największego i najgroźniejszego rywala. Dlatego zdecydował się zarzucić ten kierunek. W styczniu 2020 roku Turcja wysłała do Libii własne siły, które wsparły uznawany na arenie międzynarodowej rząd Fajiza as-Saradża. Tym samym, Turcy rozpoczęli walkę w Libii przeciwko wspieranemu przez Rosję, Egipt i Arabię Saudyjska generałowi Chalifie Haftarowi. Problem polega na tym, że ruch ten zraził do Turcji ponadto Egipt, Saudów, ale i Francuzów. Ponieważ Haftar walczy przeciwko islamskim fundamentalistom, a także likwiduje mafie szmuglujące imigrantów do Europy. A to właśnie z Libii uchodźcy i migranci trafiają do Włoch i Francji. Efekt jest taki, że Francuzi wsparli Greków w sporze z Turcją o wyłączne strefy ekonomiczne na wschodniej części Morza Śródziemnego. Także Egipt podpisał ostatnio umowę z Grecją o wytyczeniu wspólnej granicy strefy wpływów na Morzu Śródziemnym. W treści tego porozumienia oczywiście pominięto interesy Turcji.

Pokazuje to, że prowadzenie imperialistycznej i interwencyjnej polityki zagranicznej wymaga potencjału do odparcia presji ze strony wszystkich potencjalnych rywali. Bowiem opowiedzenie się w danym konflikcie po jednej stronie, zawsze wiąże się z równoczesnym pozyskaniem kilku przeciwników stojących po przeciwnej stronie barykady. Tymczasem Recept Erdoğan stał się w ostatnim czasie mistrzem w izolowaniu Turcji na arenie międzynarodowej. Najpierw turecki prezydent nie skorzystał z amerykańskiej propozycji powrotu do dobrych relacji. Faktem jest, że Erdoğan mógł czuć nieufność w stosunku do administracji Baracka Obamy, którego obciążył odpowiedzialnością za próbę puczu w Turcji z 2016 roku. Jednak Donald Trump całkowicie przeorientował bliskowschodnią politykę swojego poprzednika i w szczerych intencjach wyciągał rękę w kierunku Ankary. Warunkiem ugody była rezygnacja Turków z zakupu od Rosji systemu S-400. Wydawała się to dość niska cena w zamian za dobre relacje z liderem w NATO, którego 6 Flota jest najsilniejszą siłą na Morzu Śródziemnym. Odtrącenie dłoni Trumpa spotkało się z: sankcjami, zwiększeniem ceł na tureckie produkty eksportowane do USA, uderzeniem w turecką lirę, a także wstrzymaniem dostaw myśliwców F-35. Uderzenie w wizerunek hegemona poprzez atak na Kurdów, odwrócił z kolei relacje z Rosją. Putin uzyskał dokładnie to, czego oczekiwał. Złych relacji na linii Ankara-Waszyngton, a także pozyskanie nowych lewarów na Turcję.

Recep Erdoğan nie wyciągnął wniosków z popełnionych błędów i kontynuuje agresywną politykę nie rezygnując z interwencjonizmu. Przysporzyło mu to dodatkowych wrogów w postaci Egiptu i Francji. Jednocześnie Turcy doprowadzili do powrotu Zimnej Wojny z Grecją. Ankara wysłała bowiem statki badawczo-wiertnicze na greckie oraz cypryjskie wyłączne strefy ekonomiczne w celu poszukiwania złóż gazu. Tym samym, Republika Turcji jest obecnie skonfliktowana z większością sąsiadów (w tym z członkami z NATO i UE), a ponadto znajduje się pod presją Federacji Rosyjskiej oraz Stanów Zjednoczonych. Posiadając dużo słabszą pozycję niż jeszcze rok temu. Wówczas to Erdoğan rozgrywał zewnętrzne potęgi zaangażowane w działania na Bliskim Wschodzie. Kontrolował swoje strefy buforowe, a jednocześnie Rosjanie byli zależni od jego zgody w zakresie korzystania z cieśnin tureckich. Amerykanie z kolei – stacjonując w Syrii – potrzebowali tureckich lotnisk jako punktów przeładunkowych dla zaopatrzenia. Teraz sytuacja się odwróciła. To Turcy są fizycznie zaangażowani w działania militarne, ponosząc ich koszty, tymczasem USA i Rosja się wycofują ograniczając koszty własne. Kreml zdobył na Turcję kurdyjski lewar, który krępuje ruchy Erdoğanowi. Z pewnością nie tak to wszystko miało wyglądać.

Energetyczna gwiazdka z nieba

Pomimo fatalnych decyzji podjętych przez Recepta Erdoğana w ostatnim roku, które przekreśliły jego wcześniejsze sukcesy w polityce międzynarodowej, szczęście wciąż sprzyja Turcji. Odkrycie złóż gazu na Morzu Czarnym może być dla Ankary prawdziwym game changerem. I olbrzymim problemem dla Rosjan, którzy prawdopodobnie stracą energetyczny lewar na Turków, a ponadto znajdą się w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej. Czego zwiastuny już widać, bowiem Ankara znacząco zmniejszyła import gazu z Rosji. I nie było to związane tylko i wyłącznie z kryzysem oraz mniejszym zapotrzebowaniem energetycznym, ale również z kwestiami politycznymi. Świadczy o tym fakt, że Turcy ogłosili zamiar zaspokojenia nawet 30% swojego zapotrzebowania na gaz w 2020 roku poprzez zakup LNG z USA i Kataru. Warto dodać, że na stan z sierpnia 2020 roku, tureccy odbiorcy gazu zalegają Gazpromowi około dwa miliardy dolarów za dostawy błękitnego paliwa w roku 2019. Turcy kompletnie zaprzestali importu gazu poprzez starszy gazociąg Blue Stream. Zamiast tego ściągają surowiec z Azerbejdżanu. Jeszcze w marcu 2019 roku Rosja była największym dostawcą gazu ziemnego do Republiki Turcji. W lipcu 2020 roku Federacja Rosyjska spadła dopiero na czwarte miejsce w tym rankingu.

Chęć zakupu LNG z USA pokazuje, że Recep Erdoğan może podjąć próbę naprawy relacji z hegemonem. Tym razem jednak to turecki prezydent jest w potrzebie, więc negocjacje z Waszyngtonem mogą być znacznie trudniejsze niż rok temu. Wymownym sygnałem stała się plotka, jakoby Turcja była gotowa na odsprzedanie Stanom Zjednoczonym zakupionego od Rosjan systemu S-400. Co pozwoliłoby Amerykanom przebadać skuteczność tego systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego, który uznawany jest za najgroźniejszy na świecie dla maszyn US Air Force. Puszczenie tego rodzaju plotki należy odczytywać jako ostrzeżenie dla Rosjan, ale także puszczenie pewnego rodzaju sondy w kierunku Waszyngtonu.

Gwóźdź do rosyjskiej trumny?

Z uwagi na powyższe, rosyjska pozycja na rynku gazowym może osłabnąć jeszcze bardziej. Warto przypomnieć, że polskie inwestycje w infrastrukturę gazową mają zostać zakończone  około roku 2024. Baltic Pipe powstanie do końca 2022r. Warszawa planuje ponadto inwestycję w rozbudowę gazociągu na Ukrainę, a także inwestuje w Korytarz Północ-Południe. Ten ostatni umożliwi przesył norweskiego gazu ze Świnoujścia na Słowację, Czechy, Węgry, Austrię Słowenię oraz Chorwację. Na drugim końcu korytarza, Chorwaci budują własny port LNG, za pośrednictwem którego gaz będzie mógł trafić również do Polski. W tym roku ruszyła budowa interkonektora, który do 2021 roku ma połączyć system gazowy Polski i Litwy. Co jest częścią projektu BalticConnector. Dzięki temu kraje takie jak: Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa zostaną połączone przez Polskę z europejską infrastrukturą gazową. Jednocześnie do 2023 roku ma zostać rozbudowany port LNG w Świnoujściu. Rozważa się też wynajęcie lub zakup pływającego terminalu LNG do portu w Gdańsku.

Reasumując, około 2024 roku Polska zyska prawdopodobnie całkowitą niezależność od rosyjskiego gazu, a ponadto będzie miała potencjał reeksportowania gazu (LNG lub norweskiego) do państw bałtyckich, na Ukrainę czy na południe Europy. Jeśli nie powstanie do tego czasu Nord Stream II, Polska wspólnie z Ukrainą – po raz pierwszy w historii –  będą mogły wspólnie odciąć rosyjski gaz od europejskiego rynku (choć nie całkowicie z uwagi na funkcjonujący Nord Stream). Bez szkody dla własnego rynku. Ponadto dzięki polskiej infrastrukturze, będzie można zabezpieczyć energetycznie państwa Bałtyckie. Tak więc Rosjanie stracą możliwość szantażu energetycznego na wszystkie państwa UE w Środkowej Europie, jak również w stosunku do Ukrainy.

Mało tego. Budowany pierwotnie z myślą o rosyjskich interesach gazociąg Turk Stream może stać się narzędziem dla tureckiej konkurencji. Bowiem jeśli około 2024 roku Turcy zyskają niezależność energetyczną od Rosjan, a ponadto pozyskają moce eksportowe, to wówczas Turk Stream rzeczywiście może powstać. Tyle tylko, że zostanie odcięty na odcinku Rosja-Turcja, a włączony i wykorzystany w celu transferu tureckiego gazu na Bałkany i dalej do Europy Środkowej.

Z uwagi na powyższe można przewidywać, że połowa lat dwudziestych przyniesie katastrofę dla rosyjskiego budżetu. Budżetu – przypomnijmy – w dużej części uzależnionego od sprzedaży węglowodorów. Tymczasem Europa i Turcja kupowały dotychczas od Rosji aż 90% całego rosyjskiego eksportu gazu. Tak więc w żaden sposób nie pomoże tutaj sprzedaż gazu do Chin poprzez nowo wybudowany gazociąg Siła Syberii. Raz, że jego maksymalna przepustowość wynosi jedynie 38 mld m³/rok (UE wraz z Turcją odbierały dotąd ponad 200 mld m³ tego surowca rocznie). Dwa, gaz dla Chińczyków płynie z zupełnie innego złoża. Więc strat na rynku europejsko-tureckim nie da się zastąpić zwiększeniem eksportu do Państwa Środka.

W związku z powyższym należy się spodziewać bardzo agresywnej gry ze strony Kremla w nadchodzących latach. Ponieważ muszą oni złamać wolę Waszyngtonu zanim ich budżet i gospodarka nie upadną na skutek zaduszenia. To już jednak temat na zupełnie inny wpis.

Krzysztof Wojczal – autor geopolitycznego bloga krzysztofwojczal.pl, a także książki z tej samej dziedziny, która ukaże się jesienią 2020 roku (roboczy tytuł: „Trzecia Dekada”).

Komentarze