Robert Kiyosaki ponownie ostrzega przed największym krachem finansowym w historii. I łatwo byłoby jego słowa zignorować. Znany i lubiany ekspert podobne katastroficzne prognozy publikował już wielokrotnie, a świat za każdym razem nie chciał się skończyć.
Tym razem warto jednak na chwilę odłożyć jego tweety, prognozy cen złota, srebra czy Bitcoina i spojrzeć na coś znacznie mniej spektakularnego. Trzeba spojrzeć na dług. Bo być może Kiyosaki po raz kolejny przesadza z wizją „największego krachu w historii”. Ale problem, na który pośrednio wskazuje, jest jak najbardziej realny.
Ściana długu nie wygląda groźnie. Dopóki nie trzeba jej refinansować
Problemu nie stanowi sam fakt, że amerykańskie przedsiębiorstwa mają długi. To wydaje się oczywiste. Kredyt to fundament aktualnego systemu finansowego. Firmy od zawsze pożyczają pieniądze. Problemem jest cena tych pieniędzy.
Według danych S&P Global przywoływanych wcześniej przez Forbesa amerykańskie przedsiębiorstwa miały w latach 2024–2026 do spłaty lub refinansowania około 2,3 biliona dolarów zadłużenia. Aż około 1,8 biliona dolarów przypadało na lata 2025–2026. To ważne, ponieważ część tego długu została zaciągnięta w zupełnie innym świecie. Świecie niemal zerowych stóp procentowych.
Wyobraźmy sobie firmę, która kilka lat temu pożyczyła 100 mln dolarów przy oprocentowaniu 3 proc. Roczny koszt odsetek wynosił więc około 3 mln dolarów. Termin spłaty długu nadchodzi, ale przedsiębiorstwo nie ma 100 mln dolarów na rachunku. Robi więc to, co tysiące innych firm, bierze nowy kredyt lub emituje nowe obligacje i za ich pomocą spłaca stare zobowiązanie.
Tyle że nowy dług kosztuje już nie 3 proc., lecz przykładowo 7 albo 8 proc. Nagle koszt obsługi dokładnie tych samych 100 mln dolarów rośnie z 3 do 7–8 mln dolarów rocznie. Firma nie zdobyła ani jednego nowego klienta. Po prostu rachunek za kapitał wzrósł o kilka milionów dolarów.
Ryzyko uciekło z banków. Trafiło do private credit
Kryzys finansowy z 2008 roku zmienił bankowość. Banki zostały objęte ostrzejszymi wymogami kapitałowymi, regularnymi testami warunków skrajnych i znacznie większą kontrolą ryzyka. Tylko że ryzykowne przedsiębiorstwa nie przestały potrzebować pieniędzy.
Kapitał zaczął więc płynąć inną drogą. Do funduszy private credit. W uproszczeniu zamiast iść do banku po klasyczny kredyt, firma otrzymuje finansowanie bezpośrednio od funduszu inwestycyjnego lub innego podmiotu spoza tradycyjnego systemu bankowego.
Przez lata biznes rozwijał się błyskawicznie. Problem w tym, że obecny cykl wysokich kosztów finansowania jest dla wielu takich pożyczek pierwszym prawdziwym testem. Fed zwrócił uwagę na szczególnie interesujące zjawisko: PIK, czyli payment-in-kind. Mechanizm pozwala przedsiębiorstwu nie płacić części odsetek gotówką. Zamiast tego odsetki dopisywane są do kapitału zadłużenia.
Fed ocenił w maju, że poziom defaultów w private credit pozostawał relatywnie niski, ale podwyższone wykorzystanie PIK może wskazywać, że część pożyczkobiorców zaczyna mieć problemy.
Od tego czasu sygnałów napięcia przybyło. Wall Street Journal informował w sierpniu, że fundusze private credit zaczynają ograniczać możliwość odraczania płatności odsetek właśnie z obawy przed tak zwanymi „shadow defaults”. Udział nowych pożyczek private credit zawierających element PIK spadł w II kwartale 2026 roku do 13,5 proc., z 25 proc. pod koniec 2025 roku.
UBS szacował natomiast w kwietniu, że wskaźnik niewypłacalności w analizowanej części rynku private credit może w 2026 roku wzrosnąć do około 9–10 proc. To nadal nie jest dowód na nadchodzący krach. Jest to jednak miejsce, które zdecydowanie warto obserwować.
Druga bomba tyka pod amerykańskimi biurowcami
Jeżeli problemy private credit są dla przeciętnego inwestora abstrakcyjne, sytuację na rynku nieruchomości komercyjnych znacznie łatwiej zobaczyć. Pandemia trwale zmieniła sposób pracy milionów Amerykanów. Część pracowników nigdy nie wróciła do biur pięć dni w tygodniu, firmy ograniczyły wynajmowaną powierzchnię, a właściciele części budynków zostali z aktywami generującymi znacznie mniejszy dochód.
W II kwartale 2026 roku średni poziom pustostanów na amerykańskim rynku biurowym wynosił według CBRE około 18,3 proc. To wprawdzie poprawa względem wcześniejszych
Według modelu S&P Global wartość amerykańskich kredytów hipotecznych związanych z nieruchomościami komercyjnymi zapadających w 2026 roku ma wynieść około 936 mld dolarów, o prawie 19 proc. więcej niż rok wcześniej.
Kto pożyczył te pieniądze?
Amerykańskie banki odpowiadają za około połowę finansowania rynku nieruchomości komercyjnych. Co więcej, banki regionalne i mniejsze instytucje z aktywami poniżej 100 mld dolarów odpowiadają łącznie za większą część tych kredytów niż największe banki. To nie oznacza, że nadchodzi fala bankructw banków.
Wręcz przeciwnie, dostępne dane pokazują, że sektor jak dotąd radzi sobie z problemem znacznie lepiej, niż jeszcze kilka lat temu obawiała się część rynku. Reuters wskazywał pod koniec 2025 roku na poprawę jakości portfeli wielu banków regionalnych, chociaż kredyty związane z biurami pozostawały zdecydowanie najsłabszym punktem.
Nie można jednak zapominać o lekcji z 2023 roku. Silicon Valley Bank, Signature Bank i First Republic pokazały, jak szybko problem bilansowy może przekształcić się w problem płynnościowy, kiedy klienci przestają ufać instytucji i zaczynają jednocześnie wypłacać depozyty. FDIC w opublikowanym w 2026 roku badaniu ponownie analizował właśnie odpływ depozytów z tych trzech upadłych banków.
Bank nie musi mieć aktywów wartych zero. Musi jedynie znaleźć się w sytuacji, w której potrzebuje gotówki szybciej, niż jest w stanie ją zdobyć bez ponoszenia dużych strat.
Jeżeli problemy na rynku nieruchomości zaczną wymuszać odpisy, a jednocześnie pojawi się presja na depozyty, właśnie mniejsze banki będą jednym z miejsc, które inwestorzy powinni obserwować najdokładniej.
Czy Kiyosaki ma więc rację?
Nie. A przynajmniej jeszcze nie ma podstaw, żeby tak powiedzieć. Największym błędem byłoby wziąć realne problemy gospodarcze i automatycznie dojść do wniosku, że potwierdzają one najbardziej skrajną możliwą prognozę.
Sam Fed w maju oceniał podatność gospodarstw domowych i przedsiębiorstw wynikającą z zadłużenia jako umiarkowaną. Zdolność dużych spółek investment grade do obsługi długu pozostawała solidna. System bankowy jest znacznie lepiej skapitalizowany niż przed kryzysem finansowym 2008 roku.
Jednocześnie trudno ignorować fakt, że kilka problemów występuje w tym samym czasie. Firmy refinansują tani dług. Private credit mierzy się z pogarszającą się jakością części pożyczek. Rynek biurowy nadal odczuwa skutki pracy hybrydowej. Setki miliardów dolarów kredytów na nieruchomości komercyjne wymagają refinansowania. Mniejsze banki są stosunkowo mocno związane z tym rynkiem. A rząd USA sam płaci już ponad bilion dolarów rocznie za obsługę własnego zadłużenia.
Każdy z tych problemów osobno można opanować. Najbardziej niebezpieczny scenariusz zaczyna się dopiero wtedy, gdy jeden uruchamia następny.
Redakcja BitHub.pl poleca również:
Banki centralne znów masowo kupują złoto: 300 ton do skarbców. Coś wiedzą?
Poszli kopać kanalizację. Znaleźli złoto warte 9 milionów euro