Z ostatniej chwili: Słabe dane ADP z USA. Zatrudniają tylko wielkie firmy?
Raportowane dziś przez ADP dane pokazały, że rynek pracy w USA stworzył w sierpniu zaledwie 38 tys. miejsc pracy, wobec 46 tys. po rewizji w lipcu i konsensusu około 47 tys. To najsłabszy wynik od stycznia. Co więcej – dane pokazują, że za 90% wzrostu zatrudnienia odpowiadały wielkie przedsiębiorstwa. Większość kluczowych dla dynamiki gospodarki sektorów odnotowała spadek zatrudnienia. To tylko potwierdza 'strukturalny’ problem rynku w Stanach Zjednoczonych, gdzie dobrze radzi sobie coraz węższa grupa, coraz większych przedsiębiorstw. Nic dziwnego, że indeks dolara nieco schładza się na środowej sesji.
Co wynika z danych ADP?
Liczby z raportu są ciekawe, bo aż 45 tys. miejsc pracy powstało w edukacji i ochronie zdrowia. Bez tej jednej kategorii zatrudnienie netto w pozostałej części sektora prywatnego spadłoby o około 7 tys. Sektor produkcji dóbr stracił 10 tys. etatów. Przemysł zwolnił 17 tys. osób, górnictwo i wydobycie 5 tys. Tu praktycznie jedynym jasnym punktem było budownictwo z 12 tys. Niepokojąco wygląda również zatrudnienie w usługach profesjonalnych i biznesowych. Tam zatrudnienie tąpnęło aż o 16 tys. etatów.
To kategoria mocniej związana z cyklem gospodarczym niż np. ochrona zdrowia i wydaje się bardzo narażona na zakłócenia, wynikające z AI. Dlatego jej słabość ma większe znaczenie dla oceny koniunktury. Rynek pracy jest też ekstremalnie nierówny pod względem wielkości przedsiębiorstw. Firmy zatrudniające co najmniej 500 osób stworzyły 34 tysięcy miejsc pracy, Małe firmy tylko 3 tysiące, a przedsiębiorstwa średniej wielkości praktycznie zero. Trzeba przyznać, że wcale nie wygląda to jak szeroki boom zatrudnienia rozlany po całej gospodarce, który nie tak dawno „obiecywał” Donald Trump.
Geograficznie obraz jest równie skoncentrowany. Północny Wschód USA stworzył 38 tys. miejc pracy, czyli tyle samo, ile wynik całych USA. Zachód stracił 8 tys., Południe USA dodało tylko 3 tys., a Środkowy Zachód 5 tys. Wynagrodzenia wysyłają łagodniejszy sygnał inflacyjny. Mediana płacy bazowej wzrosła o 3,2% r/r dla wszystkich pracowników. Wyniki to wzrost o 3% dla osób pozostających u tego samego pracodawcy. Oraz 4,7% dla zmieniających pracę.
Fed pod ścianą. Jak interpretować dane?
Właściwie nominalne (bez premii) tempo wzrostu płac hamuje już od czterech lat i obecnie „ledwo” wyprzedza roczną stopę inflacji. Wynagrodzenie całkowite, czyli razem m.in. z premiami i napiwkami, wzrosło o 4,7% r/r. Dla osób zmieniających pracodawcę dynamika wyniosła 7,3%, wobec 7,5% w lipcu. Premia za zmianę pracy zaczyna powoli się kurczyć. To także ważne po wczorajszym, również słabszym od prognoz raporcie JOLTS. Przypomnijmy, że liczba wakatów spadła do 7,271 mln, a według BLS na jednego bezrobotnego przypada obecnie około 1,05 wakatu.
Razem z ADP dostajemy dość spójny obraz rynku pracy. Próżno szukać załamania, ale zdolność do generowania nowych miejsc pracy jest ograniczona, przy coraz głębszych problemach w cyklicznych sektorach gospodarki, w tym usługach. Oczywiście kluczowy test przed nami, czyli piątkowe dane NFP i w sensie prostego modelu prognostycznego trzeba rozpatrywać je oddzielnie od danych ADP.
Raport opiera się na danych płacowych ponad 26 mln pracowników sektora prywatnego, ale historycznie potrafi mocno rozmijać się z późniejszym (ważniejszym) odczytem z oficjalnego Bureau of Labor Statisticis (BLS). W każdym razie po wczorajszym JOLTS dostajemy drugi sygnał, że popyt na pracę stygnie. Presja płacowa nie przyspiesza równolegle i nie nadąża za inflacją. To zmniejsza argument za agresywnym zacieśnianiem polityki monetarnej w USA i w gruncie rzeczy sugeruje, że dalszje „gołębiej pauzy” ukierunkowanej na przeczekanie wzrostu cen ropy nie należy zabierać ze stołu.
Wczorajsze dane z USA opisaliśmy w artykule Z ostatniej chwili: Fatalne dane ISM z przemysłu USA. Ceny rosną, akcje w dół
