Psst… Trzymaj fason, Wielki Brat patrzy! Google, Meta i Apple dzielą się danymi milionów użytkowników
Prywatność w sieci? Każdy średnio zorientowany użytkownik Internetu doskonale wie, że to mrzonka. Jesteśmy śledzeni, podsłuchiwani. Giganci śledzą każdy ruch myszką i każdy moment, kiedy przestajemy scrollować ekran naszego smartfona. Dociera to do nas tym bardziej, jeśli na jaw wychodzą informacje, jak ta. Apple, Google i Meta przez ostatnią dekadę przekazały amerykańskiemu rządowi dane dotyczące ponad 3,1 miliona kont użytkowników. Mowa tylko o samych Stanach Zjednoczonych. Według raportu Proton, szwajcarskiej firmy zajmującej się prywatnością, liczba żądań dostępu wzrosła o ponad 600% w ciągu ostatnich 10 lat.
Google, Apple i Meta w potrzasku
Giganci technologiczni znaleźli się między młotem a kowadłem. Z jednej strony chwalą się ochroną prywatności, z drugiej są zobowiązani do współpracy z organami ścigania. Jedno drugie niestety wyklucza. Żądania dostępu do danych przychodzą w różnych formach. Najczęściej jako wezwania sądowe, nakazy przeszukania czy listy dotyczące bezpieczeństwa narodowego. To ostatnie (National Security Letter) ma związek z udaremnieniem ewentualnych ataków terrorystycznych.

Efekt jest jeden. Jeśli władze uznają, że mają do tego podstawy, Apple, Google czy Meta, muszą podzielić się naszymi wrażliwymi danymi. Danymi, które skrzętnie gromadzą przez lata i które – nie ukrywajmy – mówią o nas w zasadzie wszystko. Nawet to, o czym sami nie mamy prawa pamiętać.
E-maile, zdjęcia, filmy, historia lokalizacji, a nawet prywatne wiadomości. Wszystko to może zostać udostępnione bez naszej wiedzy. Jeśli tylko władze uznają to za konieczne.
W Europie jesteśmy bezpieczni? Niekoniecznie
Okej, ale to przecież Stany Zjednoczone. Europa ma inne prawo, tutaj aż tak bardzo nie jest to wykorzystywane. Prawda? No… nie prawda. Błąd. Nie tylko amerykańskie władze zbierają informacje o użytkownikach. Niemcy, Francja, Włochy, Holandia, Rumunia czy Turcja również regularnie domagają się danych od gigantów technologicznych.
Z raportu wynika, że:
- W pierwszej połowie 2024 roku rządy na całym świecie złożyły 235 tysięcy wniosków o udostępnienie danych użytkowników, co objęło ponad pół miliona kont.
- Niemcy w styczniu 2020 roku zgłosiły 12,600 żądań, a w 2024 roku już 41 tysięcy.
Trend jest jednoznaczny – rządy chcą coraz więcej naszych danych i nie zamierzają się z tym patyczkować.

Firmy technologiczne oficjalnie zapewniają, że każdy wniosek o dane dokładnie analizują. Meta twierdzi, że udostępnianie informacji może pomóc w przypadkach zagrożenia życia, takich jak poszukiwania zaginionych dzieci czy zapobieganie samobójstwom. Google z kolei deklaruje, że informuje użytkowników o żądaniach dostępu do ich danych. Chyba że chodzi o sytuacje kryzysowe, jak zagrożenie życia czy bezpieczeństwo narodowe.
Trudno jednak w to wszystko ślepo wierzyć.
Jak się chronić? Proton sugeruje jedno rozwiązanie
Według ekspertów z Proton, jedyną realną ochroną przed ingerencją rządu jest szyfrowanie end-to-end. Gdyby Apple, Google i Meta postawiły na pełne szyfrowanie treści użytkowników, nawet nakazy sądowe nie dałyby władzom dostępu do wiadomości czy plików.
Tylko czy giganci technologiczni są gotowi na taki krok? Ich interesy są zbyt mocno splecione z państwami, by użytkownicy mogli liczyć na pełną prywatność. I trudno oprzeć się wrażeniu, że w starciu z Big Techiem i władzami to zwykli użytkownicy są na przegranej pozycji.