Parlamentarne służby „ochrony” śledzą obywateli krytykujących członków izby

Parlamentarne służby „ochrony” śledzą obywateli krytykujących członków izby

Kanadyjski parlament śledzi internautów, którzy mają czelność krytykować w Sieci swoich przedstawicieli. Służby ochrony tamtejszej Izby Gmin prowadzą bazę danych komentarzy obywateli na temat szanownych polityków, a urzędnicy klasyfikują te wypowiedzi według kategorii, w tym wedle tonu oraz treści związanych z tożsamością – co w reżimie „liberalnego” autorytaryzmu, który Kanada w ostatnich latach coraz bardziej zacieśnia, już jest pretekstem do ścigania.

Inwigilacją tą zajmuje się urząd Sierżanta Broni (Sergeant-At-Arms), niegdyś symboliczny urząd dowódcy straży dbającej o bezpieczeństwo parlamentu, a dziś pełniącego funkcję jej służby ochrony. System, jak bez zawstydzenia chwalą się urzędnicy, rejestruje „każdy pojedynczy incydent”, i pozwala na podział komentarzy krytykujących wybrańców ludu według charakteru krytyki oraz potencjalnych pretekstów prawnych do wytaczania spraw przeciw ich autorom.

Żeby jakaś tam tłuszcza śmiała krytykować jaśnie władzę…

Dane obywateli, których posty o politykach wzbudziły niezadowolenie tych ostatnich, są gromadzone w rządowym systemie w celu późniejszego wykorzystania przeciw autorom – gdy tylko nadarzy się okazja. Gromadzone są one oczywiście bez jakiejkolwiek zgody zainteresowanych, sortowane według niejasnych kryteriów i przechowywane bez określonej polityki retencji. Kanada ma co prawda przepisy, które prywatność danych w teorii chronią, ale w starciu z próżnością polityków okazują się one niewiele warte.

Oficjalnym pretekstem do gromadzenia tej ogromnej bazy danych jest „zagrożenie”, jakim dla biednych polityków może być pojawiająca się pod ich adresem krytyka (w końcu jeśli potraktować poważnie tezy kanadyjskich liberałów, że „słowa to przemoc”, to jest to logiczny wniosek…). Naturalnie o tym, czy jakiś komentarz stanowi „zagrożenie”, decydują uznaniowo urzędnicy – podlegli tej samej instytucji, której dotyczy krytyka. Oczywistym skutkiem jest efekt mrożący wobec krytyki skierowanej wobec władzy.

Co więcej – w sposób nieomal typowy dla standardów życia publicznego, z którymi zmaga się współczesna Kanada – gdy informacje na ten temat przedostały się do wiadomości publicznej, głównym powodem zmartwienia niektórych było nie to, że dane są w ogóle gromadzone, ale czy autorzy poszczególnych komentarzy są rozróżniani w zależności od ich „tożsamości rasowej”, „identyfikacji seksualnej” i temu podobnych czynników.

Zamordyzm i więzienie za cytat z Biblii

Wszystko to ma miejsce, gdy Kanada właśnie ma zostać „wzbogacona” nową, sowiecką z ducha ustawą C-22 – która zobowiązuje dostawców usług elektronicznych do przechowywania metadanych Kanadyjczyków przez rok oraz budowy zdolności inwigilacyjnych na potrzeby organów ścigania. Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa,, 30 organizacji i ponad 20 specjalistów domagają się wycofania projektu, argumentując, że nie ma sposobu, by zapewnić backdoory do zaszyfrowanych danych i komunikacji.

A przynamniej, by uczynić to w sposób nie kompromitujący prywatności i bezpieczeństwa milionów zwykłych obywateli. Rząd Partii Liberalnej i premiera Carneya naturalnie się tym nie przejmuje. Gabinet publicznie zapewnia, że ustawa dotyczy przestępców, a nie zwykłych obywateli. Oczywiście technicznej różnicy nie będzie żadnej i szpiegowani będą wszyscy. A o tym, kto jest przestępcą, zadecydują naturalnie te same instytucje państwowe, które traktują krytykę pod adresem polityków za „przemoc”.

Także w tym roku roku rząd przeforsował ustawę C-9, która usuwa z Kodeksu karnego – a dokładniej z paragrafów penalizujących przypadki rzekomej „mowy nienawiści” – wyjątek dla wypowiedzi o charakterze religijnym, W praktyce oznacza to, że można tam trafić do więzienia za cytowanie Biblii – która przecież może „naruszać uczucia” traktowanych w Kanadzie niczym święte krowy „marginalizowanych grup”. Ustawa przeszła przez Izbę Gmin i czeka na rozpatrzenie w Senacie, pomimo protestów grup religijnych.

Kanada w czarnym lustrze

Kultura inwigilacji i cenzury niestety nie jest w Kanadzie nowością. To jedynie ostatni z długiej listy skandalicznych naruszeń standardów prawnych i cywilizacyjnych forsowanych przez rządy Partii Liberalnej. Minister kultury Marc Miller otwarcie deklarował ostatnio, że regulacja treści online jest „obowiązkiem rządu federalnego”, a Kanada jest „o kilka lat za” innymi krajami w kwestii zwalczania „szkodliwych treści” w Internecie. Nie wiadomo tylko, jakie kraje pan minister ma na myśli (czyżby Koreę Północną?).

Co szczególnie przykre, Kanada przez dekady słynęła jako bastion wolności obywatelskich. W ostatnich latach zasłynęła jednak raczej blokadą rachunków bankowych uczestników protestów antyrządowych (vide słynny protest kierowców ciężarówek w Ottawie), masowym forsowaniem eutanazji (bo chorzy przecież kosztują), bezkarnością zapewnianą czarnym i kolorowym przestępcom tylko na podstawie ich koloru skóry czy wręcz totalitarnymi retorsjami względem swobody wyrazu i wypowiedzi.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!
Zostaw komentarz