Państwa arabskie chcą resetu relacji z Iranem. To zły znak dla Europy?
Rządy państw Zatoki wzywają do zresetowania relacji z Iranem. Zjednoczone Emiraty Arabskie postulują „nowe podejście”. Mało tego – Katar, który sam niedawno był celem ataków opowiada się za stworzeniem regionalnych „ram bezpieczeństwa”, z udziałem Teheranu. Konflikt osłabił wiarygodność USA w regionie, a państwa arabskie nie chcą już dłużej ignorować rzeczywistości. A faktem okazało się, że Iran jest i w dającej się przewidzieć przyszłości pozostanie regionalną siłą, z którą trzeba się liczyć.
Premier Kataru, szejk Mohammed bin Abdulrahman al-Thani, określił wojnę z Iranem, rozpoczętą w lutym przez USA i Izrael, jako „sygnał ostrzegawczy”. Co istotne powiedział to podczas wydarzenia towarzyszącego Zgromadzeniu Ogólnemu ONZ. „Cała Zatoka Perska musi działać odpowiedzialnie jako region i zadbać o dobre relacje z Iranem. Pracujemy nad tym. Nasi regionalni partnerzy również w to wierzą.” Kraje Zatoki nie chcą już opierać całej swojej strategii bezpieczeństwa wyłącznie na gwarancjach zewnętrznych.
Co to oznacza dla Europy?
Sytuacja budzi pewne podobieństwa do sytuacji w Europie Wschodniej. W tym regionie, zupełnie podobnie jak na Bliskim Wschodzie w ostatnich dekadach trwał dynamiczny rozwój gospodarczy. Państwa takie jak Polska masowo kupowały amerykańskie uzbrojenie, licząc na „polisę ubezpieczeniową” w zamian.
Niestety, jeśli tutaj pozycja USA miałaby okazać się „podobna” do tej, jaką Waszyngton pokazał w odniesieniu do krajów Zatoki Perskiej – trudno nie znaleźć pewnych analogii co do ewentualnego „resetu relacji z Rosją”. O tym mówi otwarcie choćby niemiecka AfD, która niedawno wygrała wybory w Saksonii, a teraz kolejne, w Meklemburgi-Pomorzu Przednim.
Zatoka szuka własnej architektury bezpieczeństwa
Arabia Saudyjska zaczęła nawet sondować możliwość zawarcia z Iranem regionalnego paktu o nieagresji. Wojna pokazała, że nawet osłabiony Iran zachowuje zdolność do rażenia celów w całym regionie oraz wpływania na bezpieczeństwo kluczowych szlaków transportowych. To szczególnie ważne dla Rijadu.
Arabia Saudyjska ponownie mierzy się z presją ze strony Huti w Jemenie, którzy w ostatnich tygodniach nasilili działania militarne i ataki na saudyjskie cele. Jednocześnie Donald Trump nie zobowiązał się do bezpośredniego zaangażowania amerykańskich sił przeciwko Huti. Stało się tak mimo próśb ze strony regionalnych partnerów USA.
Zmiana podejścia nie oznacza więc nagłego zaufania do Teheranu. Chodzi o chłodną kalkulację. Odstraszanie oparte wyłącznie na amerykańskiej obecności wojskowej nie wystarcza. Stąd pomysł, by usiąść „z wrogiem” do stołu i obok sojuszy zewnętrznych budować mechanizmy ograniczania ryzyka eskalacji, komunikacji kryzysowej i wzajemnego odstraszania.
ZEA wybierają deeskalację z powodów gospodarczych
Najciekawsza zmiana zachodzi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które przyjęły początkowo jedno z najbardziej zdecydowanych stanowisk wobec Iranu i odpowiedziały militarnie na irańskie ataki. Abu Zabi próbuje jednak ograniczać napięcia, a powód jest bardzo pragmatyczny. Kraj ten zbudował pozycję na finansach, handlu, logistyce i turystyce, a długotrwała wojna bezpośrednio uderza w fundamenty tego modelu.
W tym miesiącu następca tronu Abu Zabi, szejk Khaled bin Mohamed bin Zayed al-Nahyan, spotkał się z prezydentem Iranu Masudem Pezeszkianem przy okazji szczytu BRICS. Sam fakt takiego spotkania pokazuje, że nawet po bezpośredniej wymianie uderzeń kanały polityczne nie zostały zamknięte. Presję zwiększa również sytuacja na rynku energii. Jeśli Iran pozostaje strategicznym rywalem, całkowite odcięcie dialogu oznaczałoby akceptację permanentnego ryzyka dla handlu, transportu i inwestycji. Czy tu analogia do sytuacji w Europie także nie wydaje się oczywista?
