Pan Kaczyński gra w szachy, kiedy inni widzą warcaby. Rozłam w PiS może okazać się fikcją

Pan Kaczyński gra w szachy, kiedy inni widzą warcaby. Rozłam w PiS może okazać się fikcją

Polska scena polityczna od wielu miesięcy przechodzi dynamiczne zmiany. To, co dzisiaj dziennikarze widzą w PiS niekoniecznie musi być tym, na co wygląda. Dlaczego? Ponieważ ewentualny rozłam w Prawie i Sprawiedliwości mógłby – czysto teoretycznie – nie oznaczać rozpadu obozu prawicy, lecz próbę jego poszerzenia. Nie istnieją publicznie dostępne dowody potwierdzające taki plan, jednak jako eksperyment politologiczny warto przeanalizować, jakie korzyści mógłby on przynieść.

Obecne problemy PiS

Podstawowym problemem PiS od kilku lat jest osiągnięcie tzw. sufitu wyborczego. Partia dysponuje bardzo lojalnym elektoratem, jednak jednocześnie budzi silne emocje wśród wyborców centrowych. Nawet dobrze oceniany przez część opinii publicznej Mateusz Morawiecki pozostawał dla wielu wyborców nierozłącznie związany z marką PiS. W hipotetycznym scenariuszu jego odejście mogłoby stworzyć nową formację centroprawicową, zdolną przyciągnąć przedsiębiorców, wyborców konserwatywno-liberalnych oraz osoby rozczarowane wojną PO–PiS. Kluczowym warunkiem powodzenia takiego projektu byłoby przekonanie opinii publicznej, że konflikt z PiS jest autentyczny. Dlaczego? Ano dlatego, że w przeciwnym razie nowa partia zostałaby uznana jedynie za polityczną „przystawkę”. Jednocześnie PiS zachowałby swój najbardziej wierny elektorat, unikając konieczności ideowego przesuwania się do centrum. To dosyć proste (a jednocześnie skuteczne) rozwiązanie.

Dlaczego Braun mógłby rozmawiać z Morawieckim, a nie z PiS?

Drugim elementem tej układanki byłaby hipotetyczna współpraca nowej partii Morawieckiego z ugrupowaniem Grzegorza Brauna po wyborach. Bezpośredni sojusz Brauna z PiS od lat wydaje się politycznie bardzo trudny z uwagi na wzajemną krytykę oraz odmienny styl prowadzenia polityki. Co zabawne, w zakresie potencjalnej współpracy pomiędzy PiS, a Braunem pojawiały się również ciekawe zdjęcia w przestrzeni publicznej, które uznane zostały ostatecznie jako AI:

Pomijając już tę kwestię, to trzeba wskazać, że nowe ugrupowanie mogłoby natomiast pełnić funkcję mediatora. Morawiecki jest postrzegany jako polityk bardziej technokratyczny niż ideologiczny, co mogłoby ułatwić rozmowy programowe zarówno z częścią środowiska Konfederacji, jak i z bardziej konserwatywnymi ugrupowaniami. Taka konstrukcja przypominałaby rozwiązania stosowane w wielu państwach europejskich, gdzie kilka partii o zbliżonym światopoglądzie startuje oddzielnie, aby zmaksymalizować liczbę pozyskanych wyborców, a dopiero po wyborach tworzy większość parlamentarną. Ryzyko takiej strategii byłoby jednak znaczące. Każda nowa partia mogłaby nie przekroczyć progu wyborczego, a zbyt silna rywalizacja pomiędzy ugrupowaniami mogłaby doprowadzić do rozproszenia głosów.

Model mandatów – jeden z możliwych scenariuszy

Zakładając wyłącznie hipotetyczny wynik wyborów:

  • KO – 31%
  • PiS – 23%
  • Partia Morawieckiego – 12%
  • Konfederacja – 10%
  • Konfederacja Korony Polskiej – 8%
  • Lewica – 7%
  • PSL/Polska 2050 – 6%
  • pozostali – poniżej progu

Przy takim rozkładzie głosów orientacyjny podział 460 mandatów mógłby wyglądać następująco:

  • KO – około 170 mandatów,
  • PiS – około 120 mandatów,
  • Partia Morawieckiego – około 60 mandatów,
  • Konfederacja – około 45 mandatów,
  • Konfederacja Korony Polskiej – około 35 mandatów,
  • Lewica – około 18 mandatów,
  • PSL/Polska 2050 – około 12 mandatów.

Łącznie ugrupowania prawicowe mogłyby w tym modelu dysponować około 260 mandatami, co dawałoby stabilną większość w Sejmie. Co dalej? Mechanizm byłby prosty, bo każda partia zagospodarowuje inny segment elektoratu, ograniczając wzajemną konkurencję o tych samych wyborców. Czy taki scenariusz zostanie zrealizowany? Nie ma obecnie żadnych publicznych dowodów, że jest on przedmiotem rzeczywistych ustaleń politycznych, chociaż coraz więcej osób (w tym polityków) w niego realnie wierzy:

Generalnie jest to wyłącznie analiza jednego z możliwych wariantów rozwoju sytuacji, pokazująca, że rozłam nie zawsze musi oznaczać osłabienie – w teorii może być również próbą strategicznego poszerzenia całego obozu politycznego.

Co mógłby zyskać każdy z liderów?

Jeżeli przyjąć czysto hipotetyczne założenie, że rozłam był elementem szerszego planu politycznego, warto odpowiedzieć na pytanie: kto i co miałby na tym zyskać? Największym beneficjentem mógłby okazać się Mateusz Morawiecki. Jako były premier posiada rozpoznawalność i doświadczenie gospodarcze, ale jednocześnie od lat pozostaje utożsamiany z marką PiS, która dla części umiarkowanych wyborców stanowi barierę nie do przejścia. Nowe ugrupowanie dawałoby możliwość rozpoczęcia z politycznie „czystą kartą”, bez konieczności rezygnowania z konserwatywnego programu. Jarosław Kaczyński z kolei mógłby zachować pełną kontrolę nad tradycyjnym elektoratem PiS. Zamiast przesuwać partię do centrum i ryzykować utratę najbardziej lojalnych wyborców, pozwoliłby nowemu ugrupowaniu walczyć o osoby, których PiS od kilku lat nie potrafi przekonać. Grzegorz Braun również mógłby znaleźć się w korzystniejszym położeniu. Dla jego wyborców samodzielność jest wartością samą w sobie. Zachowanie odrębności do dnia wyborów pozwalałoby utrzymać wiarygodność, a ewentualne rozmowy koalicyjne mogłyby rozpocząć się dopiero po ogłoszeniu wyników, gdy priorytetem staje się budowa większości parlamentarnej. Największym wyzwaniem pozostawałaby Konfederacja. Powstanie kolejnego ugrupowania po prawej stronie mogłoby oznaczać utratę części umiarkowanego elektoratu na rzecz Morawieckiego, podczas gdy bardziej konserwatywni wyborcy mogliby przechodzić do środowiska Brauna. W efekcie Konfederacja zostałaby zmuszona do wyraźniejszego określenia własnej tożsamości.

To już widzieliśmy

Historia polityki zna podobne przypadki. We Włoszech, Izraelu czy Hiszpanii wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w których ugrupowania jednego obozu świadomie budowały odrębne marki, aby skuteczniej docierać do różnych grup wyborców. Nie oznacza to istnienia wspólnego planu, ale pokazuje, że polityczna konkurencja przed wyborami nie wyklucza późniejszej współpracy. Czy podobny scenariusz jest możliwy w Polsce? Tego obecnie nie da się potwierdzić. Można jednak postawić tezę, że gdyby taki plan istniał, jego największą siłą byłoby właśnie to, że większość obserwatorów interpretowałaby wydarzenia jako oznakę chaosu i rozpadu, podczas gdy ich autorzy mogliby postrzegać je jako próbę poszerzenia wpływów całego obozu politycznego. Taka strategia wymagałaby jednak wyjątkowej dyscypliny, zaufania między liderami oraz gotowości do poniesienia krótkoterminowych kosztów w imię potencjalnych długofalowych korzyści. Czas pokaże, kto kogo ograł. O Polskiej scenie politycznej pisaliśmy również poniżej:

Nawrocki: Afera Zondacrypto wynika z działań służb

Z ostatniej chwili: do Sejmu wpłynął projekt ustawy CAŁKOWITEJ LIKWIDACJI branży krypto w Polsce! Autorem jest PiS

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!