Mecha-kible z automatu się otworzą, gdy użytkownik posiedzi za długo. „Postęp” w publicznych ubikacjach

Mecha-kible z automatu się otworzą, gdy użytkownik posiedzi za długo. „Postęp” w publicznych ubikacjach

Niniejszy temat może wydawać się tekstem z gatunku tych, które niekiedy określa się jako oferujące „ucieczkę od powagi” czy przerwę od codziennego martwienia się wszystkimi negatywnymi doniesieniami zewsząd dookoła. Cóż bowiem, prócz wartości humorystycznej, może wynikać z tematu publicznych toalet na miarę ery AI oraz „kapitalizmu inwigilacyjnego”? Wbrew pozorem zagadnienie to okazuje się całkiem głębokie, i to nie tylko w kontekście hydraulicznym. Sprawa niestety ma także wymiar społeczno-cywilizacyjny, który łatwo – z przeproszeniem za kolejną mimowolną grę słów – utonie w medialnej krzykliwości mecha-kibelków jako takich, którymi swych mieszkańców chce uraczyć Nowy Jork.

Warto bowiem zauważyć, że kolejne „pionierskie” zastosowanie technologii okazuje się tutaj kolejnym podeptaniem zwyczaju uważanego, jak się wydawało, za cywilizacyjną normę, tak oczywistego, że nawet nie wymagającego argumentowania. A takim jest właśnie oczekiwanie prywatności w łazience podczas załatwiania swych mniejszych i większych spraw. Toż to nawet w więzieniach, w monitorowanych celach, łazienkę co do zasady pozostawiano poza okiem kamer, wychodząc z oczywistego założenia, że odrobina dyskrecji w toalecie to nie luksus, a po prostu element szeroko pojmowanej, minimalnej godności przynależnej człowiekowi, nawet w warunkach zakładu karnego.

Nowy Jork tonie w – nazwijmy to – problemach

Ad rem – władze miasta Nowy Jork zapowiedziały rozmieszczenie zrobotyzowanych toalet. Miasto to – które pod rządami kilku ostatnich burmistrzów zasłynęło z coraz głębszego kryzysu w sferze społecznej, objawiającego się m.in. ostrym spadkiem poziomu bezpieczeństwa, plagą narkomanii czy zabrudzeniem miasta – także i pod względem sanitarno-kanalizacyjnym nie ma się ostatnio czym chwalić. Liczne kręgi komentujących, zarówno mieszkańców miasta, jak i przyjezdnych, narzekają na ogromne ilości zwierzęcych i (zwłaszcza) ludzkich odchodów, zanieczyszczających miejskie trawniki, czy cuchnącą wonią fekaliów w metrze i przejściach podziemnych. Jedno i drugie – dzięki „uprzejmości” populacji narkomanów czy bezdomnych.

Z kolei dla osób odwiedzających Nowy Jork, a przynajmniej centrum miasta, sporym wyzwaniem ma być dziś znalezienie toalety, która nie tylko byłaby dostępna (a przy tym nie byłaby niedorzecznie droga, jeśli już miałaby być płatna), a przy tym także względnie czysta. Zohran Mamdani, kontrowersyjny burmistrz miasta (pierwszy muzułmanin i zarazem zdeklarowany socjalista na tym stanowisku, w dodatku niestroniący od wojen kulturowych i przejawów otwartego rasizmu), obiecał zaradzić temu problemowi. Służyć temu mają właśnie nowo rozmieszczane, mechaniczne toalety – które w teorii zapewnią tak higienę, jak i dostępność. Skoro teoria jest tak piękna, to co tu może pójść nie tak…?

„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”

Okazuje się, że dużo. Już samo dostanie się do toalety, którą Nowy Jork prezentuje jako rozwiązanie problemu, może być trudne – nawet jeśli będzie ona stać tuż obok. Aby sforsować drzwi, trzeba bowiem będzie uzyskać specjalny kod przez telefon lub użyć specjalnych kart zbliżeniowych. Te ostatnie mają być dystrybuowane za pośrednictwem „partnerów społecznych” urzędu miejskiego. W nowojorskiej nowomowie oznacza to arbitralnie wybrane, faworyzowane organizacje prowadzone przez znajomych oraz sojuszników politycznych burmistrza. Nietrudno przewidzieć, że owe karty zbliżeniowe błyskawicznie trafią na czarny rynek pośród nowojorskich bezdomnych czy innych specyficznych kategorii ludności.

Jeśli jednak komuś uda się dostać do środka – jego sukces. Ów ktoś będzie jednak musiał pamiętać, aby lepiej się ze swoimi sprawunkami w toalecie pospieszyć. Ma na to bowiem, co do sekundy, 10 minut. Po tym czasie drzwi automatycznie otworzą się na oścież – i na widok publiczny – niezależnie od tego, co osoba korzystająca z toalety akurat robi i w jakim stadium tego robienia się znajduje. Władze miejskie tłumaczą, że ma to zapobiec dekownictwu, jeśli można tu użyć tego słowa – i że „okupant” toalety zostanie przed tym faktem ostrzeżony (po angielsku i hiszpańsku – tłumaczenie na ten drugi język, używany głównie przez populację latynoskich imigrantów, często nielegalnych, miewa w USA charakter proimigracyjnej deklaracji politycznej).

Niech nam żyje technologiczna przyszłość

Być może znajdą się majsterkowicze, którzy zapragną zablokować automatyczne otwieranie drzwi. Może to być jednak o tyle trudne, że dystopijne „mecha-kible”, gotowe po 10 minutach skompromitować swych użytkowników, mają być stale monitorowane przez „zdalne sensory”. Dostarcza je firma o jakże trafnej nazwie Throne Labs, z którą urząd miejski zawarł w tym roku kontrakt na ich dostawę. To także jej pracownicy mają monitorować w czasie rzeczywistym owe sensory i korzystanie z toalet. Będą oni również odpowiedzialni za usuwanie nieczystości ze zbiorników (toalety nie będą podłączone do sieci kanalizacyjnej) oraz wyrzucanie z budek osób, które mimo automatycznie otworzonych drzwi nie zechcą dobrowolnie ich opuścić.

Skądinąd, jeśli chodzi o wspomniany kontrakt – urząd burmistrza Mamdaniego zawarł go w lipcu tego roku, kosztem drobnych 4 milionów (słownie: czterech milionów) dolarów (!). Kwota ta być może nie robiłaby aż takiego wrażenia, gdyby chodziło o większy projekt infrastrukturalny. Tymczasem w tym przypadku chodzi w zasadzie o rozwiązanie tymczasowe, w dodatku obejmujące raptem 17 budek. Same toalety zresztą, choć przedstawiane jako nafaszerowane technologią, są w istocie nieco powiększonymi wersjami popularnych toi-toiów. Cztery miliony za siedemnaście budek – to wszystko w roku, w którym miasto Nowy Jork, mimo podwyżek podatków, zanotuje 12-miliardowy deficyt budżetowy, największy w swej historii.

Ale za to burmistrz Mamdani będzie mógł z dumą zadeklarować, że załagodził palącą kwestię społeczną i wyszedł naprzeciw potrzebom prostych nowojorczyków, których problemy obiecywał rozwiązać w toku swej kampanii wyborczej. Tak tak…