Kuba: totalne załamanie sieci elektrycznej, cały kraj w ciemnościach. Przyczyna „nieznana”
W poniedziałek, w południe, kubańska sieć elektroenergetyczna przestała istnieć jako funkcjonalna całość. Około godziny 12.38 czasu lokalnego, miejscowy operator, przedsiębiorstwo Unión Eléctrica (UNE), ogłosił „całkowite załamanie systemu elektroenergetycznego” – już trzecie, jakiego Kuba doświadcza w tym roku. Cała wyspa z 9,6 miliona mieszkańców – no, niemal cała – została pozbawiona prądu. To niemal odnosi się naturalnie do tego, że władze, służby oraz elita rządząca tego komunistycznego reżimu mają własne źródła zasilania, które – choć bynajmniej nie wolne od turbulencji (kryzys doszedł tam aż tak daleko…) – działają daleko sprawniej niż oficjalna infrastruktura.
Oficjalne komunikaty państwowych urzędników – w których ci usiłują wyjaśnić najnowszy blackout – brzmią, biorąc pod uwagę okoliczności, humorystycznie. W oficjalnym tweecie UNE stwierdziło, że „trwa dochodzenie w sprawie przyczyn” awarii, co bez wątpienia stanowi majstersztyk eufemizmu. Przyczyna ciemności, w których znów pogrążyła się Kuba, pozostaje rzekomo nieznana, jakby jakby zapaść energetyczna tego komunistycznego państwa była zjawiskiem o charakterze tajemnym, meteorologicznym lub nadprzyrodzonym, a nie bezpośrednim następstwem polityki gospodarczej, z determinacją godniejszą lepszej sprawy prowadzoną przez dekady. Ze skutkiem widocznym nawet w ciemnościach.
Kuba wyłączona z prądu
Rzeczywistość jest bowiem znacznie mniej enigmatyczna. W połowie maja minister energii Kuby, Vicente de la O Levy, publicznie przyznał, że Kuba wyczerpała zapasy oleju napędowego i paliwa opałowego. Blokada paliwowa nałożona przez administrację Donalda Trumpa w styczniu b.r. – znaczące rozszerzenie historycznego embarga o zakaz dostaw energii – doprowadziła do sytuacji, w której elektrownie pozostają bez paliwa, a przerwy w dostawie prądu sięgają dwunastu godzin dziennie. Do katastrofalnych braków paliwa (kubańskie elektrownie opalane są gł. ropą) dochodzi też fakt, że od dawna nieremontowana sieć przesyłowa, zbudowana głównie w latach 70 i 80 ub. stulecia, nie wytrzymuje obciążeń.
Kryzys energetyczny to jedynie część – choć bez wątpienia ta najbardziej widoczna – tragicznego stanu, w jakim znajduje się to państwo. Zresztą na własne, wyraźne życzenie ich władz, które przez lata odrzucały możliwość jakichkolwiek reform. Kuba boryka się z powszechnymi niedoborami żywności, wody pitnej i leków, a system opieki zdrowotnej, transportu oraz komunikacji jest systematycznie paraliżowany przez ciągłe przerwy w dostawie prądu. W niektórych regionach Hawany przerwy trwają ponad 24 godziny, a na obszarach wiejskich – nawet kilka dni. ONZ ostrzega przed pogarszającą się sytuacją humanitarną, a lokalne władze przyznają, że problemem są nie tylko awarie techniczne, lecz nawet brak wody pitnej (nie działają bowiem pompy).
Od stycznia b.r. administracja Donalda Trumpa zablokowała dostawy ropy na Kubę, grożąc sankcjami każdemu państwu, które wspierałoby Hawanę. W efekcie nastąpił spadek importu paliwa o 80–90% (własnych źródeł Kuba niemal nie posiada), a w konsekwencji – paraliż gospodarki, której PKB ma skurczyć się w tym roku o 6,5%.
Co tam głód i ruina, ważna jest „rewolucja”
W efekcie tego wszystkiego z Hawany płyną sygnały, które można odczytywać jako przejaw osłabienia reżimu. Raúl Guillermo Rodríguez Castro, vel „El Cangrejo”, wnuk Raúla Castro i oficer wywiadu wojskowego (a nieoficjalne: szef ochrony tego ostatniego i główny pośrednik pomiędzy nim a strukturami politycznymi państwa), w udzielonym przez siebie wywiadzie zadeklarował gotowość do bezpośrednich negocjacji z Donaldem Trumpem w sprawie przyszłości Kuby. Sygnał ten, bez precedensu w dotychczasowej retoryce hawańskiego reżimu, wskazuje na pękanie dotychczasowej linii politycznej. Wcześniej, w marcu, prezydent Miguel Díaz-Canel także przyznał, że Kuba prowadzi rozmowy z USA w sprawie złagodzenia blokady.
W odpowiedzi na presję, Hawana zwolniła też ponad 2 tysiące więźniów, w tym 51 uznanych za więźniów politycznych. Jednocześnie deklaracje przedstawicieli reżimu, choć pozornie otwarte na kompromis, zawierają w sobie haczyk. Kuba miałaby się bowiem zgodzić na rozmowy, ale wyłącznie pod warunkiem gwarancji zachowania „zasad rewolucji” – co w praktyce oznacza utrzymanie monopolu władzy obecnej komunistycznej ekipy. Tymczasem priorytet utrzymania się reżimu przy władzy za wszelką cenę stoi w całkowitej sprzeczności z celami Waszyngtonu, a zwłaszcza z polityką wywodzącego się z kubańskiej rodziny sekretarza stanu Marco Rubio, zgodnie z doktryną maksymalnego nacisku – i wyraźnym celem zmiany ustroju w Hawanie.
