Brytyjski rząd: amerykańska policja ma egzekwować brytyjską cenzurę i grzywny w USA

Brytyjski rząd: amerykańska policja ma egzekwować brytyjską cenzurę i grzywny w USA

Ofcom, brytyjski regulator komunikacji elektronicznej – zaś w obecnym klimacie politycznym tam panującym główny organ odpowiedzialny za cenzurę Internetu – usiłuje ściągnąć od znanego tu i ówdzie forum 4chan grzywny w wysokości ponad pół miliona funtów za rzekome naruszenia brytyjskiej ustawy Online Safety Act (OSA). Problem w tym, że 4chan to forum amerykańskie własność, podmiotu zarejestrowanego w stanie Delaware, z serwerami wyłącznie na terytorium Stanów Zjednoczonych. Forum bez ogródek lekceważy żądania Ofcomu, otwarcie deklarując, że nie ma zamiaru niczego płacić – i co więcej, otwarcie kpi z prób, jak twierdzi, uzurpowania władzy przez brytyjskich urzędników na terenie USA.

Pierwotnie nałożona na 4chan grzywna, w kwietniu 2025 r., miała wiązać się z faktem braku usunięcia treści, które Ofcom nakazał forum usunąć na mocy niesławnej, cenzorskiej ustawy OSA. Administratorzy i adwokaci forum z początku zareagowali niedowierzaniem, biorąc pod uwagę, że OSA to ustawa brytyjska, oni zaś w żadnym wypadku nie myśleli czuć się zobligowanymi do przestrzegania przepisów obowiązujących w Wielkiej Brytanii – kraju, w którym forum to nie miało żadnych biur, serwerów, kont ani innych śladów obecności (z wyjątkiem naturalnie tego, że brytyjscy użytkownicy z upodobaniem z tego forum korzystali, łącząc się jednak w tym celu z amerykańskimi serwerami, a nie na odwrót).

Urzędnicy Ofcomu (formalnie Office of Communications) twierdzili jednak, i wciąż zresztą tak twierdzą, że i owszem, mają bezpośrednią władzę nad podmiotami zagranicznymi, 4chan wliczając – daje im go bowiem… ta sama brytyjska ustawa OSA. W ciągu kolejnych miesięcy pierwotna grzywna rzędu 20 tys. rosła jak na drożdżach i obecnie formalnie wynosi 520 tys. funtów: 450 tysięcy funtów za brak systemów weryfikacji wieku użytkowników, 50 tysięcy za niepodporządkowanie się obowiązkowi raportowania urzędowi oceny ryzyka nielegalnych treści nielegalnych oraz 20 tysięcy za nieusunięcie treści nieodpowiadających brytyjskim biurokratom. Rośnie ona zresztą w tempie 800 funtów dziennie za brak zapłaty w terminie.

4chan mówi „sprawdzam”

4chan nie miał i nie ma jednak najmniejszego zamiaru płacić – ani w terminie, ani w ogóle – ponieważ uważa, że nie podlega brytyjskiemu prawu, zaś przez brak majątku w Wielkiej Brytanii tamtejsi urzędnicy nie są mu w stanie zagrozić mu jego konfiskatą. Co więcej, forum otwarcie kpi z prób rozszerzania swej władzy przez brytyjski urząd. Jego adwokat, Preston Byrne, zamiast tradycyjnej odpowiedzi prawnej odesłał Ofcomowi zdjęcie gigantycznego chomika w kostiumie Godzilli. Zasugerował także, że brytyjski regulator najwyraźniej zapomniał, iż Wielka Brytania przegrała wojnę o niepodległość USA. W ramach poważniejszych działań, 4chan złożył pozew w amerykańskim sądzie federalnym przeciwko urzędowi, zarzucając mu bezprawne nękanie.

Wszystko to pozostawia Ofcom w kropce – urząd, który wobec innych podmiotów narzucał swoje zdanie głównie groźbami, musi albo przyznać się do bezsilności, co byłoby upokarzające, albo też kontynuować walkę prawną, w której stoi niemal na straconej pozycji. W istocie bowiem, w amerykańskim systemie prawnym brytyjskie przepisy w USA nie mają mocy. Co więcej, I poprawka do amerykańskiej konstytucji zabezpiecza przed podobnymi ingerencjami w wolność wyrazu, jaką Ofcom usiłował narzucić. Urzędnicy tego ostatniego twierdzą co prawda, że poprawka ta zakazuje podobnych działań wyłącznie władzom amerykańskim – jednak nie rządom zagranicznym (!) – musiałby jednak tę tezę obronić przed sądem w USA, na co w praktyce nie ma szans.

Mimo to, brytyjscy cenzorzy nie ustępują. W odpowiedzi na pytania o to, jak Ofcom zamierza ściągnąć rzekomy „dług” od firmy bez aktywów, personelu czy serwerów w Wielkiej Brytanii, regulator właśnie oświadczył, że „zainicjował prace” nad ściągnięciem środków poprzez zaangażowanie lokalnych organów ścigania w Stanach Zjednoczonych. Innymi słowy: brytyjski urząd liczy na to, że amerykańska policja posłusznie wykona bezpośrednio jej przesłaną decyzję zagranicznego urzędu i wyegzekwuje brytyjską cenzurę na terenie USA. Skądinąd – jak zauważył wspomniany Preston Byrne – Ofcom złamał tym samym procedury traktatu MLAT (Mutual Legal Assistance Treaty) między tymi krajami, ignorując amerykański Departament Sprawiedliwości.

„Ale wsparcie – to jakieś macie…?”

Brytyjskim cenzorom pozostaje zatem zbanować 4chan w samej Wielkiej Brytanii, czym Ofcom także groził. Podobnie jak grzywna, jest to jednak pusta groźba – zaś sama blokada byłaby kompletnie pozbawiona sensu w kontekście architektury Internetu. W dobie powszechnej dostępności sieci VPN, protokołów szyfrowania TLS 1.3 oraz zdecentralizowanych systemów DNS, geoblokada jest gestem czysto symbolicznym, łatwym do obejścia dla każdego, kto posiada podstawową wiedzę i dostęp do serwerów proxy. I choć brytyjski rząd chciałby zakazać VPN-ów i narzucić cenzurę użytkowników na poziomie systemów operacyjnych – plany te jednak także zależą od współpracy firm technologicznych. Głównie – tych amerykańskich.

Sytuacja nabiera dodatkowo pikantnego charakteru w kontekście relacji między Londynem a Waszyngtonem. Biały Dom sygnalizował już wrogość wobec prób cenzurowania amerykańskich podmiotów przez zagraniczne rządy. Z kolei urząd brytyjskiego premiera sygnalizował „pełne poparcie” dla Ofcomu. Zmienia to spór prawny w test siły politycznej dla brytyjskich ambicji eksterytorialnego rozszerzania swej władzy poza własne granice. Obserwatorzy zauważają, że ta sytuacja może mieć długofalowy, negatywny wpływ na zagraniczne inwestycje technologiczne w Wielkiej Brytanii, gdyż demonstruje ryzyko nakładania nieegzekwowalnych kar na podmioty działające zgodnie z prawem własnych jurysdykcji.

W świetle uwarunkowań prawnych w Stanach Zjednoczonych, deklaracje Ofcomu o ściąganiu grzywien za pomocą amerykańskich służb i organów policyjnych jawią się nie jako realna strategia egzekucyjna, lecz jako teatrzyk polityczny, mający odwrócić uwagę od fundamentalnej niemożności egzekwowania Online Safety Act wobec podmiotów zagranicznych – w której to dziedzinie Ofcom polegał dotąd na dobrowolnej współpracy i ewentualnych groźbach. 4chan, wraz z innym forum, Kiwi Farms, są bodaj pierwszymi, które tak wyraźnie i bez fałszywego szacunku kazały urzędnikom się… odstosunkować. Innych narzędzi ci ostatni zdają się na razie nie mieć. Pozostaje pytanie: dlaczego brytyjski rząd uparł się udawać, że ma władzę nad globalnym Internetem?

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!