Czy tokeny personalne mają sens? Część I.

544

Rynek kryptowalut to ponad 1 600 projektów i chyba nie ma osoby na świecie, która by powiedziała kilka słów o chociaż jednej czwartej z całej tej puli. Większość z nich pracuje nad tymi samymi problemami jak skalowalność, szybkość transakcji, prywatność, możliwość przeprowadzania ICO czy darmowe transfery pieniężne. Będąc szczerym, można powiedzieć, że istnienie 90 % projektów można poddać pod wątpliwość, ponieważ kopiują one od siebie pomysły i pracują nad tym samym rozwiązaniem. Zastanówmy się, po co nam 30 kryptowalut do robienia ICO lub 18 projektów oferujących anonimowe rozwiązania. W przyszłości ludzkość będzie korzystać najpewniej z zaledwie kilku rozwiązań, a reszta po prostu upadnie. Niezwykle ciężko więc wytypować, które z projektów przetrwają, a na których stracimy pieniądze. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej w przypadku tokenów personalnych, które są przywiązane do twórcy bądź grupy twórców. Są one unikatowe, tak jak unikatowi są ludzie. Warto sobie jednak zadać pytanie czy tokeny personalne mają sens?

Na początku był Bitcoin…

Początku sensu istnienia tokenów personalnych można doszukiwać się w roku 2009, kiedy to Satoshi Nakamoto ukończył swoje dzieło pierwszej kryptowaluty w historii. Pierwsze lata istnienia Bitcoina to nie zachwyt nad jego funkcjonalnością, ale raczej ciekawość wąskiej garstki ludzi. Oto powstał projekt, który pozwala otrzymywać wirtualne monety w wyniku pracy komputera. Dodatkowo monety te można było przesłać innym użytkownikom a wszystko sprawdzić w ogólnodostępnej księdze. Nawet Ci, którzy nie mieli Bitcoina, mieli wgląd do jego transferów. Niezwykle rewolucyjne podejście.

Z czasem na rynku zaczęły pojawiać się kolejne kryptowaluty, które po prostu kopiowały kod Bitcoina i zmieniały w nim kilka parametrów. Prawdziwe narodzenie gwiazdy i potencjalnego konkurenta dla Bitcoina, nastąpiło w lipcu 2015 roku. Wtedy narodziło się Ethereum – projekt, który nie tylko 3 lat trzyma się w ścisłej czołówce pod względem kapitalizacji, ale także dał nowe spojrzenie na świat kryptowalut. Była to możliwość tworzenia innych projektów poprzez platformę Ethereum. Pierwsze tak powszechne i niezbyt trudne narzędzie do realizacji swoich pomysłów w tym świecie.

I tak jak to miało miejsce w przypadku Bitcoina, tak w momencie, kiedy Ethereum ukazało się światu, zaczęto tworzyć dosłownie setki projektów, które pracują nad tym samym – możliwością przeprowadzania ICO i tworzenia innych projektów. Osobiście mam wrażenie, że co drugie ICO w ostatnim roku (notabene często przeprowadzane właśnie na Ethereum), to super, zdecentralizowana platforma do robienia innych ICO. Z irytacją w głosie można by zapytać: więcej was matka nie miała?

A jednak na blockchainie Ethereum oprócz wysypu niesamowitej ilości ICO dla robienia nowych ICO, które zrobią jeszcze lepsze ICO, pojawiło się niezwykle ciekawe zjawisko. Tokeny nie reprezentujące firmę czy zespół deweloperów pracujących nad jakimś rozwiązaniem, a reprezentujące osobę fizyczną. Mniej więcej rok temu zaczęły pojawiać się pierwsze tokeny personalne, które mają reprezentować wartość artystów, celebrytów, czy po prostu ludzi, którzy mają pomysł na siebie.

Teoria tokenizacji ludzkości

Przyjrzyjmy się zatem tokenom personalnym, które choć na razie nie są znane szerszemu gronu, to zaczynają zdobywać coraz więcej zainteresowania. Czym zatem jest token personalny?

W prostych słowach, jest to forma udziałów w działaniach, decyzjach, popularności, potencjalnych zyskach lub stratach danej osoby. W przeciwieństwie do klasycznych tokenów z ICO, gdzie inwestujemy w tokeny projektu ze względu na technologię lub innowacyjność w danym aspekcie i liczymy na zyski, tokeny personalne mogą służyć jako forma wsparcia finansowego lub po prostu pokazania poparcia dla działania danej osoby. Kim może być ta osoba? Muzykiem, pisarzem, malarzem, blogerem, influencerem, Youtuberem, kucharzem piłkarzem, cyrkowcem, a nawet politykiem. Choć w przypadku tego ostatniego zapewne pojawiłyby się spory prawne co do ich niezależności i wpływu finansowania na podejmowane decyzje czy głosowania.

Na dzień dzisiejszy, każdy z nas może stworzyć swój token personalny i ogłosić światu swoje ztokenizowanie, pomimo tego, że takie słowo nawet nie istnieje jeszcze w Słowniku Języka Polskiego. Dla przykładu, platforma Ethereum i Waves pozwala na tworzenie swoich tokenów personalnych, a w szczególności uczynienie tego na tej drugiej jest dość prostą operacją. Żyjemy w pięknych czasach, gdzie każdy z nas może mieć własną wersję swojego „Bitcoina”.

Sens istnienia?

Pierwszym i najczęstszym zarzutem w stronę tokenów personalnych jest sens ich istnienia. W przypadku nowych projektów, które weszły w świat kryptowalut poprzez ICO, zrozumiałe jest, że są to najczęściej zwykłe firmy, które muszą zapewniać wypłaty dla swoich pracowników, ponosić koszty administracyjne czy koszty związane z szkoleniem aktualnej i przyszłej kadry. Zupełnie inną bajką jest fakt, że niektóre z nich zbierają miliardy dolarów, które wystarczyły by im nie tylko na pokrycie bieżących kosztów i inwestycji, ale i na nieprzerwane wakacje na rajskiej wyspie do końca życia nawet dla ich wnuków.

W przypadku tokenów personalnych całość (lub znaczna większość) zebranych funduszy idzie do kieszeni emitenta, czyli twórcy. I tu jest punkt zapalny całej idei. Ludzie nie ufają twórcom i nie chcą sponsorować ich pomysłów. Nie oszukujmy się, inwestycja w tokeny personalne to tak naprawdę inwestycja w obietnice danej osoby, która ma jakiś plan na siebie. Nie mamy żadnej pewności, że dana osoba po prostu nie ucieknie z naszymi pieniędzmi lub nie zaprzestanie swojej działalności, zaraz po skończonej akcji zbierania kapitału. Nie ma tutaj żadnej umowy wiążącej pomiędzy stronami i opiera się ona tylko i wyłącznie na zaufaniu. Bardzo często na zaufaniu do osoby, której nawet nie znamy w realnym świecie.

Również ja mógłbym ogłosić emisję własnego tokenu, dzięki któremu zbiorę pieniądze potrzebne na bilety lotnicze w najróżniejsze miejsca na świecie, gdzie będę z bliska przyglądał się rozwijającym projektom w świecie kryptowalut i rozmawiał z ich twórcami, a następnie pisał na temat ich działalności artykuły, które Wy będziecie z pasją czytać i być może inwestować w niektóre perełki. Co się stanie, jeśli jednak zachoruje, nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać, artykuły będą niezwykle nieudolne i niechlujne albo po prostu mi się odechce po drugim razie? Wy zostaniecie z mniejszą ilością gotówki i uczuciem bycia oszukanym bądź rozczarowanym, a ja będę mógł pić gin z tonikiem na słonecznej plaży na Bali, mocząc stopy w oceanie i snując plany na życie z kilkuset Ethereum na portfelu sprzętowym, które zebrałem od Was.

Inwestycja w tokeny personalne to oprócz zaufania do twórcy, także wiara w jego możliwości i entuzjazm w tworzeniu treści. Każdy mistrz swojego fachu ma gorsze chwile, w których wątpi w to co robi. Nawet najwybitniejsi sportowcy na świecie zaliczają dołki, po których jednak większość z nich się podnosi. Nie mamy jednak pewności, że dany twórca będzie w stanie podnieść się po swoim kryzysie bądź okresie wypalenia twórczego. A gdy zaprzestanie swojej działalności, to są spore szanse, że wartość jego tokena spadnie do zera. Mówiąc o wartości, w kolejnej części pokaże wam, że jednak z tokenami personalnymi nie jest aż tak źle. Niektóre z nich to naprawdę dobre inwestycje.

Widzimy się za tydzień.

Maciej Kmita

Komentarze