„Saylor nie ochroni waszych Bitcoinów”. Brutalne ostrzeżenie dla tych, którzy ślepo wierzą w Strategy
Facet, który kupuje BTC za miliardy dolarów, mówi o cyfrowej własności z religijnym niemal przekonaniem. No i zbudował wokół Strategy finansową maszynę opartą na Bitcoinie. Michael Saylor dla wielu inwestorów stał się kimś więcej niż prezesem spółki. Prawie gwarantem, że na rynku zawsze znajdzie się ktoś gotowy kupować spadki. Tyle że to może być bardzo niebezpieczne złudzenie.
Hayes: Strategy to nie skarbiec społeczności
Arthur Hayes, założyciel BitMEX, w rozmowie ze Scottem Melkerem przypomniał rzecz niby oczywistą, ale w krypto często wypieraną: Saylor nie jest od ratowania portfeli zwykłych posiadaczy BTC. Jego zadaniem jest ochrona Strategy, jej akcjonariuszy i produktów finansowych zbudowanych wokół bilansu spółki. Jak ujął to Hayes: „Saylor nie jest tam po to, żeby chronić wasze torby z Bitcoinami”.
Hayes zwraca uwagę, że traderzy mogą obserwować STRC, czyli jeden z instrumentów Strategy, by próbować przewidywać kolejne zakupy BTC przez spółkę. Jak mówi: „Będziemy widzieć takie małe wybicia na Bitcoinie, nie ogromne. Ale za każdym razem, gdy zobaczysz, że STRC zaraz będzie handlować powyżej parytetu i przebije 100, możesz dosłownie wyprzedzić Saylora, który transparentnie kupuje Bitcoina za kilka miliardów dolarów w dwa albo trzy dni. Dlaczego nie miałbyś chcieć takiej transakcji?”.
Brzmi skomplikowanie, ale sens jest prosty: jeśli rynek widzi, że Strategy może zebrać kapitał i ruszyć po kolejne BTC, część graczy próbuje wejść wcześniej i zarobić na spodziewanym ruchu.
Saylor gra w kilka gier naraz
Hayes nie twierdzi, że Strategy zaraz się wywróci. Przeciwnie, przyznaje: „Nie sądzę, żeby Strategy miało w najbliższym czasie zbankrutować”. Zaraz potem dodaje jednak coś ważniejszego: „Z tego, co rozumiem, on nie musi wypłacać dywidendy w STRC. Po prostu ufasz, że będzie to robił. A co się dzieje, kiedy ufasz w krypto? Zwykle nie kończy się to zbyt dobrze. Nie mówię, że Saylor robi coś złego”.
I właśnie tu leży sedno sprawy. Strategy musi jednocześnie kupować Bitcoina, zarządzać długiem, obsługiwać inwestorów, dbać o kurs akcji i pilnować produktów, które sama stworzyła. To nie jest romantyczna historia o hodlowaniu dla dobra ludzkości. To publiczna spółka z konkretnymi obowiązkami wobec rynku.
Dlatego ewentualna sprzedaż części BTC przez Strategy nie musi oznaczać zdrady Bitcoina. Może być po prostu decyzją korporacyjną, mającą poprawić wskaźniki, obsłużyć dywidendy albo zabezpieczyć interes akcjonariuszy.
Hayes porównał to zresztą do sytuacji szefa Coinbase: „Brian Armstrong też nie może po prostu wychodzić i mówić szalonych rzeczy o cenach krypto. On też musi chronić swoich akcjonariuszy”.
Strategy może być największą bitcoinową maszyną na Wall Street, ale nie jest polisą ubezpieczeniową dla każdego, kto trzyma BTC. A Saylor, choć dla wielu pozostanie twarzą Bitcoina, najpierw odpowiada przed własną spółką. Dopiero potem przed legendą, którą zbudowała wokół niego społeczność.
Czytaj również w dziale kryptowaluty na Bithub:
Czy Shiba Inu znajduje się przed kolejną hossą? Oto analiza
Wielki odpływ z funduszy ETF. Czy Bitcoin zmierza w stronę głębokiej korekty?
Rynek za wcześnie skreślił XRP? „Wtedy nastąpi wybicie