Blockchain spowoduje powrót „złotej ery muzyki”

fot. daily sunny/Flickr
308

Branża muzyczna jest jedną z najbardziej podatnych na rozwój technologii. Kolejne wynalazki powodowały, że muzyka stała się masowa, a wykonawcy nie mogli narzekać na sytuację materialną. Wszystko zmienił powszechny dostęp do internetu. Czy dzięki Blockchainowi biznes wróci na właściwe tory, a muzyka wejdzie w kolejną „złotą erę”?

Tak przynajmniej uważa Panos Panay, współzałożyciel OMI. Jest to wspólne przedsięwzięcie bostońskiego college’u Berklee, jednostki zajmującej się muzyką na prestiżowym uniwersytecie MIT oraz kilku inwestorów. Inicjatywa ma poparcie ze strony przedstawicieli rynku muzycznego. Zarówno dużych koncernów płytowych, jak i serwisów streamingowych, dostarczających muzykę przez internet.

Kazik w trzech odsłonach

Główny problem, z jakim ma się uporać OMI jest nieprzejrzystość praw autorskich do poszczególnych utworów. Pomiędzy muzykiem, a odbiorcą istnieje cała rzesza pośredników, zarabiających na sprzedaży muzyki, udostępnianiu praw autorskich, dystrybucji, odtwarzaniu największych hitów w rozgłośniach radiowych. Każde z ogniw dysponuje jednak własnym systemem raportowania praw autorskich i odprowadzania tantiem. Niekiedy istnieją nawet różne systemy w ramach tej samej firmy.

Dla przykładu jeden wykonawca może funkcjonować w różnych rejestrach, jako kilka osób. Kazik, Kazik Staszewski i Kazimierz Staszewski, to ciągle ten sam artysta. Jednak przez różne zapisy w poszczególnych bazach danych i nieprzejrzysty system naliczania należności części przysługujących mu pieniędzy może nigdy nie zobaczyć.

Gra o miliony dolarów

Kolejnym problemem są opóźnienia w płatnościach. Organizacje reprezentujące prawa muzyków, podobnie jak ZAIKS w Polsce, pobierają pieniądze od przedsiębiorców, którzy na odtwarzaniu muzyki zarabiają. Są to zarówno wielkie rozgłośnie radiowe, jak i małe restauracje. Niestety nieprzejrzyste i nieaktualne raporty powodują, że pieniądze do kieszeni artystów wpadają nawet z dwuletnim opóźnieniem.

Brak współpracy, złożoność sposobów tworzenia i konsumowania muzyki powoduje, że setki milionów dolarów rocznie nie trafiają do prawowitych właścicieli

uważa Panos Panay.

Problem poważnych strat finansowych wśród artystów podnosi Wojciech Orliński w książce „Internet. Czas się bać„. Przedstawia on przykłady artystów z lat 70., którzy nagrywali nawet średnio rozpoznawalne utwory, a za tantiemy budowali domy i mogli wieść dostatnie życie. Z drugiej strony duet Daft Punk, wykonawcy największego hitu 2013 roku, nie mieli tyle szczęścia. Okazuje się, że przychody z piosenki „Get Lucky” w największym serwisie streamingowym Spotify wynoszą 26 tysięcy dolarów, co jest równowartością średniej klasy samochodu.

Model zarabiania na wyświetlanych reklamach, jak w przypadku YouTube, czy części wpływów z abonamentu, jak w przypadku Spotify, czy Deezer, okazał się po prostu mało korzystny dla twórców. Dużą część przychodów zachowują dla siebie właściciele platform. To co pozostaje dzieli między zainteresowanych wytwórnia płytowa, a artyści wcale nie są najlepiej opłacaną grupą.

Hit tego lata

I tutaj z pomocą przychodzi Blockchain. Odpowiednie zaszycie metadanych na temat artystów i innych właścicieli praw autorskich spowoduje, że rozliczenia na rynku muzycznym staną się łatwiejsze i bardziej sprawiedliwe. Znacznie skróci się również czas od odtworzenia danego utworu w celach komercyjnych, a otrzymaniem pieniędzy na konto.

Największym wyzwaniem będzie jednak przekonanie całego rynku do skorzystania z jednego rozwiązania. Sam prototyp oprogramowania, które miałoby posłużyć jako „Muzyczny Blockchain” ma być gotowy już tego lata.

Nie jest to jednak jedyny sposób na wdrożenie Blokchaina w muzycznym świecie. Znacznie ambitniejszym pomysłem jest połączenie go z mikropłatnościami, co jest trudne do wykonania w przypadku tradycyjnych walut, ale względnie proste w przypadku kryptowalut. Przesłuchanie danego utworu może kosztować kilka Satoshi, które automatycznie lądują na koncie wykonawcy.

Taki sposób rozliczeń byłby rewolucyjny, szczególnie dla twórców, którzy nie mają podpisanych kontraktów z wielkimi wytwórniami płytowymi. Dzięki nowym rozwiązaniom muzycy mogliby dostawać około 90 procent wpłacanej przez odbiorców kwoty, a nie tak jak dotychczas, zaledwie 15 procent.

Jeszcze poczekamy?

Sceptycy podkreślają jednak, że Blockchain nie załatwia jednego z głównych problemów związanych z prawami autorskimi, czyli wskazania prawowitego autora danej piosenki.  Entuzjaści pomysłu nie do końca są w stanie określić, jaki mechanizm byłby odpowiedzialny za weryfikację.

Niektórzy podkreślają też, że nadzieje artystów na większe zyski i pieniądze bezpośrednio od słuchaczy są dość naiwne i podobne do nadziei związanych z pojawieniem się internetu. To również miał być wynalazek, który polepszy sytuację muzyków. Niestety dla nich, możliwość masowego kopiowania i udostępniania utworów spowodowała, że stali się, obok filmowców jednym z najbardziej poszkodowanych przez sieć zawodów.

Komentarze