Kruszce, dolary a sprawa polska.

520

Od zarania dziejów zastanawia mnie, dlaczego jako mieszkaniec Polski mam kierować się cenami kruszców w USD? To właśnie takimi cenami jesteśmy ostrzeliwani przy okazji wszelkich ruchów na nich czy akademickiej analizie wykresów. Wprawdzie do ukończenia studiów na wydziale matematyki zabrakło mi pięciu lat, to jednak tak skomplikowana czynność jak percepcja w walucie, którą zarabiam, wydaje się być łatwą do ogarnięcia.

Coś było nie tak.

Już jako mała dziewczynka spotykałem ekscytujące analizy kursu złota czy srebra notowanego na londyńskiej giełdzie i nijak nie mogłem pojąć, co mi z tych kursów wyrażonych w jakiejś egzotycznej zamorskiej walucie, skoro pensję dostaję w złotówkach i to w tej walucie zechcę odciąć w przyszłości kupony zysku. Jako, że z nauk plastycznych zawsze byłem słaby a oglądanie wykresów kojarzyło mi się z twórczością Picassa, nie zważając na te kardiogramy beneficjenta SOR-u postanowiłem swoje świeżo zarobione pieniądze zainwestować bez przewalutowywania ich w dolary.

Jak zostałem łowcą kruszców?

Był leniwy niedzielny poranek. Za oknem melodyjny świergot skowronków koił skacowane dusze a pierwsze promienie czerwcowego słońca majestatycznie przedzierały się przez szpary w zasłonach, by bestialsko penetrować moje oczodoły. Wyrwany z głębokiego snu o złotym pałacu i haremie niemieszczącym się w przegubowym autobusie, postanowiłem działać i senne marzenia przekuć w rzeczywistość. No dobra, może nie od razu autobus, ale zwykła osobówka też by się przydała… Skierowałem więc swe kroki na pobliską giełdę staroci na Kole, by przeskanować ją w temacie walorów inwestycyjnych. Ło paaanie, ile piniendzóf tam mieli! Ale kluczowe były te najmniej pozorne. Junk silver. Nie lubię angielszczyzny w polskim słowniku tak jak i nie przepadam za ich wykwintną kuchnią, ale to określenie przypadło mi do gustu niemal jak jajko na bekonie. Jeśli drogi czytelniku jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności nie miałeś do czynienia z tym zwrotem, spieszę wyjaśnić, że chodzi o srebrne monety, które są lub były w tradycyjnym obiegu. Do dziś aktualne to amerykański bilon sprzed roku 1970 czy choćby lepiej rozpoznawalne rodzime główki z okresu międzywojennego jak i twórczość gierkowska w postaci monet 200zł. I to właśnie ten nasz rodzimy kruszec najbardziej przypadł mi do gustu. Dlaczego? Odwiedziłem stoisko pana Szczepana (pewnie nazywał się inaczej, ale to się fajnie rymuje), które wydawało się najmocniej epatować blaskiem srebrzystej materii. Sięgnąłem po monetę 5zł z lat 30-tych i zapytałem o cenę.

– 5zł – odparł z nieskrywanym zaskoczeniem, jakby ta cena była wszystkim znana.

– Znam nominał, ale chciałbym się dowiedzieć ile kosztuje? – wypaliłem ciętą ripostą

– no 5zł kosztuje, a ile ma kosztować? – ciągnął już ewidentnie poirytowany

Z kieszeni spodni wyjąłem tradycyjną pięciozłotówkę a Szczepan zdecydowanym ruchem postanowił po nią sięgnąć.

Chwilka! – rzekłem zaciskając pięść. Oddaliwszy się na odległość zasięgu jego ramion +1cm, niespiesznie rozwarłem palce i trzymając w lewej dłoni opasane wieńcem oblicze srebrnej niewiasty a w prawej współczesny walor NBP, zacząłem od pobieżnych oględzin organoleptycznych. Ta sama wielkość (ze wskazaniem na niewiastę), masą znów wygrywa (chociaż tu panie raczej nie czerpałyby radości), więc wniosek mógł być tylko jeden. Po co mam trzymać kolorowe blaszki z plugawej materii, skoro mogę je w stosunku 1:1 wymienić na urodziwy szlachetny kruszec!?

-Biorę wszystko… – niby od niechcenia zamamrotałem pod nosem wyciągając rulon zielonych Władków. Humor Szczepana zdecydowanie się poprawił a w jego oczach iskrzyło się pytanie „czy nie powinienem tego łosia wydoić nieco bardziej?”. Pomimo upływu blisko dwu dekad, doskonale pamiętam tamte ceny. 2 za 2, 5 za 5 i 10 za 10. 200-ki 5,45zł.

Tylko co ma do tego kruszec denominowany w dolarze?

No właśnie. Sięgnijmy zatem do tabel i wykresów. Albo nie, nie chce mi się szukać (albo może po prostu nie potrafię znaleźć lub nie mam ochoty wykupować abonamentów by mieć dostęp do archiwalnych notowań?). Musicie uwierzyć mi na słowo. W czasie gdy zakupiłem tę wywrotkę srebra, kosztowało ono w dolarach ok 7 jednostek tej waluty co przy kursie 2,50zł (uwierzycie, że nawet niższy był niewiele ponad 10 lat temu?) dawało ok 18zł. Te dane wystarczą by przejść do wyliczeń jakich uczą nas w klasie czwartej podstawówki. Jako, że będę zawzięcie bronił własnej teorii, z którą nie zgadza się jak mniemam 95,4% czytelników, postaram się tak zaokrąglać dane, by działały na moją niekorzyść. Będę też operował kwotami małymi a okrągłymi by i tu nie narażać na zbytni wysiłek intelektualny szanownych fanów (coś mi mówi, że po tym przydługim wstępie, paru już mam…).

Zacznijmy przewrotnie od pomysłu ulokowania 1000zł na bezpiecznych kontach oszczędnościowych lub w obligacjach Skarbu Państwa. Jeśli przyjmiemy, że średnioroczne odsetki wynosiły przez cały ten czas 5% (chyba uczciwie zawyżyłem ten parametr) to obecnie wypłacilibyśmy kwotę 2700zł co daje zysk (pomińmy inflację bo dotyczy każdej inwestycji) 170%.

Jak zachowałby się dla porównania USD? 400$ leżące na 2% to 600$ do wyjęcia teraz, jednak przemnożone przez obecny kurs 3,75 da 2250zł, zatem 125% zysku. Pragnę zwrócić uwagę, że w rozważaniach swych pominąłem „podatek Belki”, który dość istotnie wpłynąłby na wyniki.

W tym momencie proszę doradców finansowych o nie pastwienie się nade mną jeśli zbyt lekkomyślnie podszedłem do metodologii obliczeń, bowiem wyniki mają mi jedynie posłużyć za tło tego, co nastąpi za chwilę.

Zatem…

Mój plecak wypełnił kruszec o masie 55 uncji i wartości tysiąca zł. Jeśli jakiś John uczynił w swojej ojczyźnie podobnie to wydał na ten cel 388,5$ (nie przyjmuję 400, ze względów proceduralnych). Co o tych zakupach powiedzą liczby?

55 x 100zł (obecna cena srebra w złotówkach) to 5.500zł. Zatem jestem do przodu 450% (w praktyce więcej, bo niektóre monety nabrały wartości kolekcjonerskiej)

55 x 26,87$ = 1478$ co daje „jedynie” 280% zysku.

I tu rodzi się główne pytanie do moich szanownych rodaków, którzy jeszcze nie zdążyli uciec z kraju bo zapewne zabezpieczyli się w porę inwestując w kruszec. Czy mam się cieszyć zyskiem 450% czy tylko 280%? Jako urodzony optymista zawsze wybiorę pierwsze rozwiązanie.

Co było do udowodnienia…

Jak łatwo zauważyć ustawiczne trzymanie się kursu kruszców wyrażanego w dolarach nie przekłada się w żaden sposób na nasze rodzime wyniki. Gdybym miał być bardziej dociekliwy, to pamiętam jakiś kwietniowy czy majowy dzień bieżącego roku, gdy przy kursie dolara 4,30 złoto osiągnęło swój historyczny rekord w złotówkach. Było to na kilka tygodni przed sytuacją, gdy ten sam wynik osiągnęło w dolarach. Jednak media nie rozpisywały się na ten temat, analitycy nie rozpościerali przed nami idyllicznych wizji wzrostów, lecz z tylko sobie wiadomych przyczyn czekali przyczajeni na wyczekiwany atak w USD. Tyle, że nastąpił on w chwili, gdy dolar już się osłabił i nowy złotówkowy wynik na tle poprzedniego nie wyglądał już spektakularnie.

A przecież – wracając do sedna wywodu – to właśnie w złotówkach będziemy sprzedawać swe kolekcje i to PLN-y powinny okraszać swym majestatem wszelkie wykresy. Może dlatego nie umiałem ich znaleźć, bo nikt nie chciał ich tworzyć?

Zanim zapoczątkuję przypadkiem kolejną spiskową teorię, będzie chyba lepiej gdy zakończę ten temat.

PS Wyliczenie zysków na lokatach miało jedynie uzmysłowić niezdecydowanym, czy warto inwestować kruszec…

Od Redakcji

Bithub Flesz już na naszym kanale YouTube. Zapraszamy codziennie o 19:00 na skrót najważniejszych wydarzeń dnia z branży kryptowalut i finansów. Komentarze i rozważania na temat tego, co może przynieść kolejny dzień! Program prowadzi Bitcoin Feniks.

Zobacz najnowszy odcinek:

Niniejszy artykuł ani w całości ani w części nie stanowi „rekomendacji” w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi czy Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (Ue) Nr 596/2014 z dnia 16 kwietnia 2014 r. w sprawie nadużyć na rynku (rozporządzenie w sprawie nadużyć na rynku) oraz uchylające dyrektywę 2003/6/WE Parlamentu Europejskiego i Rady i dyrektywy Komisji 2003/124/WE, 2003/125/WE i 2004/72/WE oraz Rozporządzenia Delegowane Komisji (Ue) 2017/565 z dnia 25 kwietnia 2016 r.uzupełniające dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/65/UE w odniesieniu do wymogów organizacyjnych i warunków prowadzenia działalności przez firmy inwestycyjne oraz pojęć zdefiniowanych na potrzeby tej dyrektywy. Zawarte w serwisie treści nie spełniają wymogów stawianych rekomendacjom w rozumieniu w/w ustawy, m.in. nie zawierają konkretnej wyceny żadnego instrumentu finansowego, nie opierają się na żadnej metodzie wyceny, a także nie określają ryzyka inwestycyjnego.

Komentarze