Fala histerii przeciw AI – sztucznie napędzana przez… producentów AI. O co tu chodzi?
W ciągu ostatnich dni trudno było przeoczyć doniesienia wyrażające „zaniepokojenie” dalszym rozwojem AI. Doniesienia te były przy tym coraz bardziej alarmistyczne, miejscami wręcz apokaliptyczne. Oto już za chwilę sztuczna inteligencja ma się zbuntować, zniewolić ludzkość, przejąć kontrolę nad Internetem, czy co tam jeszcze wymyślili piewcy owych idei. Bez wątpienia nie sposób lekceważyć samej idei właściwego zabezpieczenia AI przed niepożądanym działaniem czy wyrwaniem się poza kontrolę człowieka. Tym niemniej wiele wskazuje, że wspomniana fala alarmistycznych doniesień nie jest wcale taka szczera, jak mogłaby sugerować krzykliwość nagłówków, i stoją za nią bardzo przyziemne, wręcz brzydkie pobudki.
Histeryczne obawy, o których mowa, posypały się przy tym w obiegu informacyjnym w sposób niezbyt organiczny – by nie rzec bardzo sztuczny. W ciągu zaledwie kilku dni szereg wiodących tytułów medialnych nagłośnił rzekomo niezwiązane ze sobą wypowiedzi i wywiady osób takich jak Sam Altman czy Dario Amodei, a także szeregu wyższych rangą pracowników tych firm. Wszystkie, niemal na jedno kopyto, wskazywały na zagrożenia generowane przez główny produkt ich własnych firm. Gwoździem programu była, jak się wydaje, głośna rezygnacja niejakiego Jacoba Coxona z Anthropica – jakoby „w proteście” przeciwko AI – którego wpis tę rezygnację ogłaszający, notabene opublikowany ze świeżo założonego konta (a i tak z miejsca mającego tysiące obserwujących…) niektóre media cytowały nawet przed jego publikacją. Tak jakoś przypadkowo im wyszło.
Wszyscy oni domagali się „pauzy” czy „okiełznania” AI. – twierdząc, że rozwój modeli sztucznej inteligencji zdolnych do autonomicznego działania powinien zostać zahamowany lub radykalnie ograniczony, i przerzucając się postulatami utworzenia nowych agencji regulacyjnych, wprowadzenia restrykcji dla laboratoriów czy „czasowego” wstrzymania prac nad najbardziej zaawansowanymi modelami. W ślad za potentatami pojawili się politycy, prześcigając się w co bardziej absurdalnych żądaniach – pierwsze miejsce należy się tutaj chyba amerykańskiemu senatorowi i samo-zadeklarowanemu socjaliście, Bernie Sandersowi, który domaga się dwudziestoletnich wyroków więzienia za prace nad sztuczną inteligencją (naturalnie te prowadzone bez nadzoru państwa…), aczkolwiek nie był on bynajmniej jedyny.
Strach jako narzędzie marketingowe i legislacyjne
Problem zatem w tym, że cała ta fala, a zwłaszcza nagły skok czarnowidztwa w kwestii AI, nie wygląda jak spontaniczna, oddolna reakcja społeczna, a raczej jak profesjonalnie zorganizowana kampania medialna i lobbingowa. Znaczna część tej narracji pochodzić ma, wedle rosnących podejrzeń, albo z kręgów związanych bezpośrednio z największymi firmami AI, albo też „środowisk bezpieczeństwa” AI oraz organizacji lobbujących za regulacjami – też wspieranymi przez gigantów sztucznej inteligencji, podobnie jak politycy z obydwu stron politycznego podziału, którzy zaangażowali się w „debatę publiczną”. Pojawia się zaś akurat wtedy, gdy w , amerykańskim Kongresie pojawiły się projekty legislacyjne regulujące AI – nie chodzi tutaj tylko o stanowiące polityczny folklor postulaty Sandersa, ale też o przepisy, które teoretycznie miałyby szanse zostać uchwalone.
Słowem, OpenAI, Anthropic i inni dominujący obecnie potentaci AI czynią skoordynowane (i kosztowne) wysiłki, by wspomniane przepisy wylobbować i przepchnąć przez Kongres, korzystając ze sztucznie wywołanej fali moralnego niepokoju. Dlaczego jednak firmom tworzącym najbardziej obecnie zaawansowane modele AI miałoby zależeć na przymusowej pauzie i ograniczeniom w tworzeniu ich podstawowego produktu? Jak się okazuje, z powodów dość prostych, a przy tym także samolubnych. Pierwszym i najbardziej oczywistym są, jak zwykle, pieniądze. Obok nich pojawia się jednak także dążenie obecnych liderów rynku, aby ów rynek regulacyjnie zamrozić – a wraz z nim i swoją pozycję, gwarantując sobie prawnie dominujące na nim miejsce. O co konkretnie tu chodzi?
Kasa, misiu, kasa
Wedle dostępnych szacunków, obie wspomniane firmy, pomimo wszystkich osiągnięć technologicznych swych modeli AI, stoją przed zobowiązaniami wydatkowymi przekraczającymi pół biliona dolarów tylko na moc obliczeniową, a niektóre estymacje mówią o nawet 1,5 biliona dolarów na budowę centrów danych, przy ujemnych przepływach gotówkowych i skromnej bazie płacących klientów. Ich przychody liczone są z kolei zaledwie w miliardach dolarów rocznie – sprawiając, że rocznie notują one kolejne dziesiątki czy setki miliardów strat. Każdy dodatkowy darmowy użytkownik zwiększa ich koszty, zamiast je obniżać, z kolei próba agresywnego zmuszania ich do wykupywania subskrypcji jest skazana na porażkę w obliczu zażartej konkurencji ze strony open-source’owych modeli chińskich dostawców.
Modele te cieszą się groźną dla nich popularnością, działają za ułamek ponoszonych przez OpenAI czy Anthropic kosztów, zaś zmiana pomiędzy chatbotami jest dla klientów niemal bezkosztowa. Gwałtowna ekspansja modeli AI od firm DeepSeek, Qwen czy Moonshot przyszła przy tym w bodaj najgorszym możliwym dla dwójki wspomnianych gigantów w momencie – przed planowanych przez nie debiutach giełdowych. I bez tego stały one w obliczu trudnego zadania przekonania potencjalnych inwestorów, że pożądane przezeń wyceny w ramach IPO, ocierające się o kwoty rzędu biliona dolarów każda, mają faktyczne uzasadnienie – nawet mimo faktu, że wciąż przynoszą straty. Nie będąc w stanie konkurować z tańszą i dynamiczniejszą konkurencją ceną czy otwartością, zdają się one zatem zmienić strategię – i konkurować regulacją.
Zamrozić rynek AI – ze sobą na jego szczycie
I stąd pojawiły się nagłe zatrwożone głosy o „bezpieczeństwo” AI. Dario Amodei wezwał do spowolnienia wzrostu możliwości AI, wbudowania zewnętrznych ewaluatorów z dostępem na poziomie pracownika – a także selektywnego zwolnienia z przepisów antymonopolowego dla zaufanych podmiotów – tak, by istniejące firmy mogły koordynować ze sobą standardy bezpieczeństwa. Sam Altman błyskawicznie się z nim zgodził, a swoje dorzucił i Elon Musk. Postulaty te w wygodny sposób nie zagrażają wspomnianym firmom, jednocześnie godząc w rozwój modeli open-source’owych i w „destylację” danych – czyli praktyki, które pozwalają mniejszym graczom i zagranicznym firmom tanio i szybko nadrobić dystans. Reakcja polityczna nastąpiła w sposób przewidywalny – w ciągu kilku dni trzech Republikanów i blisko dwie dziesiątki Demokratów podchwyciło pomysły restrykcji.
Giganci AI muszą zdawać sobie sprawę, że uciążliwe, agresywne wymogi regulacyjne będą w praktyce nie do spełnienia dla startupów, czy to chińskich, czy rodzimych lub europejskich, podczas gdy oni sami – dysponując ogromnymi środkami (nawet jeśli na kredyt), centrami danych i infrastrukturą obliczeniową – spokojnie im sprostają. Także skomplikowane wymogi certyfikacyjne, kosztowne audyty bezpieczeństwa i rozbudowane procedury biurokratyczne stanowią dla nich nieporównanie mniejszą przeszkodę niż dla świeżo zakładanych, niewielkich firm. Regulacje przedstawiane zatem jako „odpowiedzialny rozwój technologii” są więc w istocie barierą wejścia, barierą nie do pokonania dla większości nowych graczy, która zdusi konkurencję na rynku i zamrozi in perpetuum pozycję obecnych liderów rynku.
Próba „załatwiona odmownie”
Co ciekawe, w roli obrońcy wolnego (no, powiedzmy…) rynku z miejsca stanęły Chiny. Chińscy urzędnicy natychmiast odrzucili postulaty wprowadzenia odgórnych ograniczeń na rozwój modeli AI w ich kraju, nazywając je bezzasadnym straszeniem oraz sięganiem po narrację doby Zimnej Wojny – która ma jakoby wykluczyć Pekin z wyścigu technologicznego, jednocześnie chroniąc interesy amerykańskie. Także jednak Biały Dom odniósł się do tych wezwań chłodno. Donald Trump również odrzucił narrację o rzekomym egzystencjalnym ryzyku, stwierdzając – prócz personalnych złośliwości pod adresem Amodei’a – że kto wygra w wyścigu rozwojowym w kwestii AI i centrów danych, ten wygra wszystko, zaś jedynym beneficjentem amerykańskiego samo-ograniczenia byłyby Chiny. Oraz, czego nie dodał, obecni potentaci, którzy staliby się w ten sposób monopolistami.