UE chce kontroli nad chipami – cudzymi. Bruksela wykorzystuje kryzys, by znów rozpychać swoją władzę?

UE chce kontroli nad chipami – cudzymi. Bruksela wykorzystuje kryzys, by znów rozpychać swoją władzę?

Jak wynika z dostępnych informacji, Unia Europejska przygotowuje zmiany prawne, które mają podporządkować unijnym urzędnikom rynek chipów na Starym Kontynencie. Nowe przepisy mają być rzekomo odpowiedzią na kryzys w zakresie ich dostaw. Niestety, ta rzekoma odpowiedź jest niemal boleśnie typowa dla UE – otóż instytucje biurokratyczne z Brukseli rozwiązanie tego problemu (jak i zresztą w wielu, wielu innych) widza w radykalnym zwiększeniu ich własnej władzy, oraz narzuceniu rynkowi zbiurokratyzowanej kontroli i scentralizowanego planowania.

Przewidujące to wszystko założenia zrewidowanego Chips Act, bo to o tę regulację tu chodzi, przedostały się do obiegu prasowego. W ramach tegoż aktu legislacyjnego Komisja Europejska, jak zwykle, chce sobie nadać nowe uprawnienia. W tym przypadku – do przejmowania kontroli nad łańcuchami dostaw w czasie kryzysu – w tym możliwość zmuszania producentów do łamania istniejących kontraktów handlowych na rzecz zamówień uznanych przez urzędników za „krytyczne”.

Bruksela chce otóż dysponować narzędziem „agregacji popytu”, które w praktyce oznacza centralizowanie zamówień publicznych na chipy i dyktowanie warunków producentom w UE. Projekt zakłada również możliwość nakazania firmom zmiany profilu produkcji na rzadkie typy układów, których akurat zabraknie w europejskich magazynach. Wszystko to pod hasłem budowania „suwerenności technologicznej” – choć przecież skutki te działania mogą, a nawet muszą mieć dokładnie odwrotne. Przecież obecne zapóźnienie UE w dziedzinie półprzewodników nie jest efektem **niedostatku** regulacji…

UE w swoim żywiole

Ironia tej sytuacji staje się jeszcze bardziej gorzka, gdy spojrzy się na rezultaty pierwotnego Chips Act, przyjętego w 2023 roku. Europejski Trybunał Obrachunkowy w raporcie opublikowanym w kwietniu 2025 roku stwierdził wprost, że zadeklarowany wówczas cel uzyskania 20-procentowego udziału w globalnym rynku półprzewodników do 2030 roku jest „bardzo mało prawdopodobny”. Mimo zainwestowania dotychczas ponad 80 miliardów euro, unijny udział w globalnej produkcji utknął na poziomie około 10 procent, a przy obecnym tempie wzrostu w 2030 roku wyniesie zaledwie 11,7 procent.

Zamiast czterokrotnego zwiększenia produkcji, które było konieczne do osiągnięcia zaplanowanych ambicji, Europa boryka się z opóźnieniami kluczowych projektów i fragmentacją wsparcia. Nic dziwnego zresztą, skoro produkcja przemysłowa w UE jest także i w innych branżach ugina się pod ciężarem absurdalnych kosztów energii, sztucznie zawyżanych przez obłędną politykę „klimatyczną” Brukseli. Zaś działalność startupów i nowych firm, czyli najbardziej innowacyjnego segmentu przemysłu, duszona jest przez co do zasady wysokie podatki i bariery biurokratyczno-administracyjne.

To jednak nie zniechęca unijnych urzędników – i jako remedium na te problemy chcą zastosować jeszcze więcej tego samego („więcej Europy”). Nowy projekt wymagać ma do 2035 roku dodatkowych nakładów rzędu 120 miliardów euro na sfinansowanie inwestycji publiczno-prywatnych – sumy, które jak zwykle będą musiały pochodzić z pieniędzy podatników, zaś trafić mają do wybranych podmiotów z branży. Jednocześnie Komisja planuje wprowadzenie obowiązkowej dywersyfikacji dostawców chipów dla europejskich producentów, szczególnie w sektorze motoryzacyjnym.

Dyrektywą zadekretować innowacyjność i rozwój

Jest to bezpośrednią reakcją na kryzys związany z Nexperią, gdy okazało się, że europejskie fabryki samochodów uzależniły się od jednego dostawcy związanego z Chinami. W tle tych działań rysuje się również wątek restrykcji handlowych. Projekt przewiduje ograniczenia dotyczące importu chipów z Chin, co ma zmuszać europejskich producentów do korzystania z lokalnych źródeł – niezależnie od tego, czy oferują one konkurencyjne warunki cenowe i jakościowe. Planowane są również preferencje w zamówieniach publicznych dla układów produkowanych przez europejskie startupy

Oczywiście suwerenność technologiczna jest wartością pożądaną, jednak marne warunki do rozwoju zaawansowanego przemysłu w Europie, będące w kapitalnej mierze winą samej UE i jej polityki, dotąd okazały się temu nie sprzyjać. Zaś zasypywanie dziury technologicznej kolejnymi miliardami euro ze środków publicznych i subsydiowanie rodzimej produkcji kosztem efektywności gospodarczej raczej nie przyniesie technologicznego skoku. Oczywiście zakładając, że to o niego faktycznie tu chodzi – a nie o władzę, i o to, aby kontrolę nad dystrybucją chipów w Europie wyrwała dla siebie Bruksela.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!