To się *musi* udać: rząd chce wprowadzić kontrolę cen po ostrych podwyżkach płacy minimalnej
Kolumbia już niedługo może obudzić się w świecie odgórnie narzucanych cen w sklepach. Tę historyczną rekonstrukcję gospodarki socjalistycznej planuje zafundować obywatelom rząd skrajnie lewicowego prezydenta Gustavo Petro. Dlaczego? Otóż koszty życia w tym kraju od początku roku poczęły rosnąć w zawrotnym tempie. A poczęły, ponieważ ekipa Petro jednostronnie narzuciła rekordową podwyżkę płacy minimalnej. Rząd zatem, jak chce tradycja, przystąpił do bohaterskiej walki z problemami, które sam stworzył. Naturalnie w sposób, który jeszcze bardziej pogorszy sytuację.
Oficjalnie władze jeszcze nie ogłosiły kontroli cen, lecz ją „rozważają” – co w praktyce oznacza mniej więcej tyle, że publikujemy balon próbny i patrzymy, jak wielki opór wywoła, w razie czego mogąc się od pomysłu odciąć. Nie wiadomo także, czy kolumbijska konstytucja i ustrój polityczny w ogóle upoważniają prezydenta i jego gabinet do tak agresywnej ingerencji w wolności osobiste i gospodarze. Jednak dla Petro, zadeklarowanego socjalisty, zwyczaje polityczne czy brak uprawnień nie są czynnikami, którymi nadmiernie by się przejmował.
Od początku swojej kadencji Petro – były bojownik marksistowskiej partyzantki M19, który okazał się pierwszym lewicowym prezydentem, jakiego miała Kolumbia od początku swej niepodległej historii – nie krył ambicji transformacji gospodarki. W oczywistym kierunku. Nie krył także frustracji, gdy kontrolowany przez opozycję kolumbijski Kongres regularnie blokował pomysły jego „sprawiedliwych społecznie” fantasmagorii. Próbował obejść się bez niego, po prostu ignorując proces legislacyjny – jednak próby te kończyły się podobnymi „sukcesami”, co jego zmagania z Kongresem.
Wreszcie, korzystając z uprawnień, które prezydencki rząd w Kolumbii akurat posiada, Petro promulgował od początku 2026 roku rekordowe podwyżki minimalnego wynagrodzenia, rzędu 23,7 proc. Płaca miesięczna wzrosła z min. 1,6 mln pesos (ok. 422 dolary) do 2 mln pesos (ok. 520 dolarów), co ma „zmniejszyć nierówności społeczne”. Prezydent uczynił to w odpowiedzi na nieudane negocjacje między związkami zawodowymi a przedsiębiorcami – zupełnie ignorując ostrzeżenia ekonomistów o potencjalnym wzroście cen.
Kto by pomyślał, że inflacja zwiększa ceny…
Wraz z początkiem roku nastąpiło to, co nastąpić musiało – ale czym socjalistyczne władze mimo to wydają się być zaskoczone. Przecież ich intencją był wzrost wynagrodzeń najbiedniejszych bez wzrostów cen, więc dlaczego te ostatnie wzrosły…? Tymczasem w reakcji na szok inflacyjny koszty życia w naturalny sposób eksplodowały. Już i tak zresztą wcześniej nie były niskie – do czego przyczyniły się tak czynniki zewnętrzne (jak konflikt Petro z Donaldem Trumpem), jak i wewnętrzne (katastrofalna w skutkach polityka regulacyjna prezydenta w wielu dziedzinach). Teraz doszła do tego jeszcze presja inflacji.
Po chwili zaskoczenia, władze zareagowały w sposób właściwy dla wszystkich rządów odwołujących się do socjalizmu. „Ceny rosną? Zakazać!”. Kierując się tą oto mądrością, minister pracy Antonio Sanguino ma „analizować” pakiet środków, w tym kontrolę cen podstawowych towary, rozdzielenie indeksacji cen mieszkań od płacy minimalnej oraz ulgi dla małych firm, co ma zapobiec „spekulacji” i chronić konsumentów. Jak zawsze, zwłaszcza „najbiedniejszych”. Oczywiście w praktyce nieodmiennie kończy się to niedoborami i rozkwitem czarnego rynku.
W ten oto sposób Kolumbia, która długo uchodziła za jeden z najlepiej radzących sobie gospodarczo krajów Ameryki Łacińskiej, powoli zsuwa się w tę samą otchłań, na dnie której znajduje się obecnie Wenezuela (zresztą wychwalana niegdyś przez Petro za „sprawiedliwe społecznie”, socjalistyczne reformy). Nie jest przesądzone, że faktycznie podąży jej śladem – zwłaszcza, że prezydentowi zostało raptem kilka miesięcy kadencji, sondaże zaś nie pozostawiają złudzeń, że następny kolumbijski prezydent nie będzie socjalistą – wiele szkód już zostało jednak wyrządzonych.
Kolumbia (na swoje szczęście) niedługo zagłosuje
Już w 2023 roku zamrożono stawki opłat drogowych, a władze przejęły kontrolę nad niezależnymi regulatorami energii i telekomunikacji, by obniżyć rachunki za prąd i usługi. W sektorze energetycznym Petro krytykuje prywatne firmy za wysokie zyski, żądając zmian, które dałyby państwu bezpośrednią kontrolę nad rachunkami. Podobnie w ochronie zdrowia: w sierpniu 2025 roku ministerstwo zdrowia wydało rozporządzenie wymuszające kontrolę rynku leków, de facto narzucając niższe ceny i unieważniając patenty farmaceutyczne.
W paliwach wprowadzono VAT na benzynę i diesla, co od stycznia 2026 roku podnosi ceny o 90–99 pesos za galon, z perspektywą pełnego 19-proc. podatku (jak przekłada się to na ceny towarów w sklepach, dodawać chyba nie trzeba). A do tego dochodzą jeszcze efekty ograniczania koncesji naftowych w imię ideologicznego klimatyzmu, podcinające rodzimą produkcję paliw, czy faktyczną kapitulację rządu Petro wobec karteli narkotykowych, które od początku jego kadencji nie tylko w praktyce mają wolną rękę, ale działają zupełnie otwarcie.
Za to budżet na 2026 rok, zatwierdzony przez Senat na poziomie 546,9 bln pesos (ok. 140 mld dolarów), zakłada cięcia wydatków po odrzuceniu reformy podatkowej postulowanej przez Petro. Rząd próbował finansować zwiększony deficyt poprzez wyższe opodatkowanie „elit” (w praktyce klasy średniej), ale komisja senacka zablokowała te plany. Pozostaje pytanie, ile Gustavo Petro zdąży jeszcze wcielić w życie swych pionierskich socjalistycznych pomysłów w toku sześciu miesięcy, które pozostały mu na stanowisku? O reelekcję ubiegać się nie może.
