Terminale gazowe w ogniu, spadek dostaw na co najmniej 5 lat, Trump krytykuje… Izrael. Wojna wysadza światowy rynek LNG
Wymiana ciosów w wojnie na Bliskim Wschodzie zaowocowała we czwartek najbardziej drastycznymi dotąd skutkami dla światowej gospodarki. W wyniku irańskich uderzeń dronowych i rakietowych na instalacje naftowe i gazowe w krajach Zatoki Perskiej doszło do gwałtownej eskalacji kryzysu na światowym rynku LNG.
Izraelski nalot na irańskie pole gazowe South Pars w prowincji Buszehr, przeprowadzony we środę, 18 marca, jakkolwiek bez wątpienia stanowił kolejny etap eskalacji, nie wydawał się zupełnie precedensowy – poprzedziły go bowiem irańskie ataki na rafinerie czy terminale przeładunkowe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Bahrajnie czy nawet Omanie. Izraelskie uderzenie stanowiło jednak wyraźną groźbę dla finansowej kroplówki, stanowiącej główne i w zasadzie jedyne źródło przychodów dla Teheranu w obecnej sytuacji.
Ten zareagował w swoim stylu – jakkolwiek możliwe jest, że atak ten nie był nawet koordynowany centralnie. We czwartek Iran wystrzelił pociski w kierunku katarskiego Ras Laffan Industrial City, uszkadzając dwa spośród 14 terminali skraplania (linie S4 i S6) oraz jedną z dwóch instalacji skraplania gazu (Gas-to-Liquid, GTL). W oświadczeniu firma QatarEnergy, do której instalacje należą, przyznała, że w wyniku ataku roczna wydolność eksportowa LNG spadła o 12,8 mln ton LNG – co stanowi 17% całkowitej produkcji kraju.
Obiekty, których budowa pochłonęła 26 mld dolarów, pozostaną wyłączone przez trzy do pięciu lat w przypadku linii LNG i do roku w przypadku instalacji GTL. Szacowane straty przychodów wynoszą 20 mld dolarów rocznie. Katar ogłosił force majeure w kontraktach długoterminowych z włoskim Edisonem, belgijskim EDFT, koreańskim KOGAS oraz odbiorcami chińskimi (z udziałem Shell). Co więcej, eksport kondensatu spadł o 24%, LPG – o 13%, helu – o 14% oraz ropy i siarki po 6%. Stratami QatarEnergy „dzieli się” z ze współudziałowcami – Exxon Mobilem (34% w S4, 30% w S6) i Shellem (w GTL).
Na domiar tego wszystkiego, prace nad rozbudową ogromnego pola gazowego North Field zostały wstrzymane na ponad rok, co dodatkowo ograniczy przyszłą podaż.
Takie tam drobne nieporozumienie…?
Sprawa szybko okazałą się przyczynkiem do zgrzytu politycznego. Prezydent USA Donald Trump oświadczył, że nie został poinformowany o planowanym uderzeniu izraelskiego lotnictwa i przekazał premierowi Benjaminowi Netanjahu żądanie powstrzymania ataków na irańską infrastrukturę energetyczną. Netanjahu potwierdził, że operacja była samodzielnym przedsięwzięciem Izraela, zaś Izraelscy urzędnicy zignorowali publiczną reprymendę Waszyngtonu, co stanowi odstępstwo od wcześniejszej ścisłej koordynacji, nie tylko na polu militarnym, ale też medialnym.
Co także mocno nietypowe w przypadku uchodzącej za przychylną wobec Tel Awiwu administracji Trumpa, Tulsi Gabbard, Dyrektor Wywiadu Narodowego (DNI), poinformowała Kongres podczas piątkowego wystąpienia na Kapitolu, że cele USA i Izraela w kampanii przeciwko Iranowi są rozbieżne – Izrael koncentruje się na irańskim przywództwie, USA na degradacji potencjału militarnego – ponieważ odmiennie postrzegają skutki polityczne, jakie chcą osiągnąć To w istocie oczywistość, jednak głośne przyznanie tego stanowi zupełne odstępstwo od dotychczasowej praktyki.
Nagły i znacznie głębszy kryzys na światowym rynku LNG to bowiem ewentualność, której Waszyngton chciał uniknąć, mimo faktu, że akurat Stany Zjednoczone znajdują się w znacznie lepszej pozycji, jeśli chodzi o przezwyciężenie jego skutków, niż większość innych krajów, która może zostać nim dotknięta. Chodzi tutaj głównie o fakt rodzimych amerykańskich zdolności wydobywczych w oparciu o złoża łupkowe.
Jak LNG kształtuje punkt widzenia
Wspomniane inne kraje szybko to odczuły. W piątek Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy, Holandia i Japonia wydały wspólne oświadczenie w sprawie Cieśniny Ormuz. Kraje potępiły irańskie ataki na statki handlowe, infrastrukturę cywilną oraz samą blokadę cieśniny. Zadeklarowały gotowość do zapewnienia bezpiecznej żeglugi, współpracy z producentami w celu zwiększenia wydobycia, wsparcia państw najbardziej dotkniętych poprzez ONZ i instytucje finansowe międzynarodowe oraz pochwaliły decyzję Międzynarodowej Agencji Energii o skoordynowanym uwolnieniu rezerw ropy.
To zasadnicza zmiana tonu, bowiem jeszcze na początku tego tygodnia kraje europejskie – zwłaszcza Niemcy, choć też i Francja – wyraźne, a wręcz dobitnie odżegnywały się od jakiegokolwiek zaangażowania w mającej miejsce wojnie, choćby w neutralnej roli. Jednak gdy konflikt, który trwa niemal trzy tygodnie i pochłonął ponad 2 tys. ofiar (głównie w Iranie i Libanie), nagle i bezpośrednio zredukował globalną podaż LNG (i na co najmniej pięć lat) – Ras Laffan przetwarza bowiem około jednej piątej światowej produkcji – doszło do szybkiego przewartościowania ich stanowisk.
Skądinąd nie były to pierwsze podobne skutki konfliktu. Główną irańską „bronią” w tej wojnie jest bowiem Cieśnina Ormuz, której faktycznie dość skuteczna blokada doprowadziła do szoku na rynku naftowym. Iran przeprowadził także szereg ataków na infrastrukturę energetyczną w regionie: uszkodził instalacje paliwowe w izraelskim porcie Hajfa (bez ofiar śmiertelnych), zmusił ZEA do zamknięcia zakładu Habszan, wywołał pożary w dwóch kuwejckich rafineriach oraz emirackiej Fudżajrze, a także ostrzelał saudyjskie czy omańskie terminale eksportowe. Żaden nie był jednak dotąd tak skuteczny jak uderzenie na Ras Laffan.
Pod wpływem tego wszystkiego notowania ropy Brent wzrosły początkowo o blisko 10%, później o 3% do 110,35 dol. za baryłkę – zaś odczuła to przede wszystkim Europa. Europejskie ceny gazu krótkoterminowego podskoczyły o ponad 15%, a od początku konfliktu o ponad 60%. Spadły też notowania akcji na giełdach: japońskie i południowokoreańskie o ok. 3%, STOXX o 2,3%, zaś Dow Jones o 1%. EBC podniósł prognozę inflacji na 2026 r. do 2,6% (z 1,9%).
