Ropa rośnie przez napięcia wokół Cieśniny Ormuz. Inflacja w górę, złoto w dół?
Ceny ropy ponownie rosną po eskalacji napięć wokół cieśniny Ormuz, jednak sama reakcja rynku pozostaje stosunkowo umiarkowana. Inwestorzy wciąż zakładają, że zakłócenia w dostawach będą krótkotrwałe i nie doprowadzą do poważniejszego kryzysu podażowego. Najnowsze dane dotyczące ruchu statków sugerują jednak, że problem przestał być wyłącznie polityczny.
Nawet bez formalnego zamknięcia jednej z najważniejszych arterii światowego handlu ropą przepustowość szlaku wyraźnie spadła, a armatorzy coraz ostrożniej podchodzą do rejsów przez region. Nic dziwnego, że ceny ropy na światowych rynkach spadają podczas gdy złoto oscyluje wokół 4 tys. USD i od szczytów traci już blisko 30%. Rentowności obligacji znów wzrosły, na fali obaw o utrwalenie presji cenowej.
Kluczowe informacje
- Przez cieśninę Ormuz przepływa około 20 mln baryłek ropy i paliw dziennie, co odpowiada blisko 20% światowej konsumpcji ropy oraz około jednej czwartej globalnego handlu ropą transportowaną drogą morską.
- Dane z MarineTraffic pokazują, że od niedzielnego wieczoru 12 lipca przez Ormuz nie przepłynął żaden komercyjny statek, którego ruch można było potwierdzić na podstawie publicznych sygnałów AIS.
- Największym zagrożeniem dla rynku może okazać się nie całkowita blokada Ormuzu, lecz długotrwałe ograniczenie ruchu tankowców i stopniowe pogarszanie warunków dostaw.
Rynek patrzy na polityków, ale więcej mówią dane o ruchu statków
Konflikt wokół Iranu ponownie skierował uwagę inwestorów na cieśninę Ormuz. To właśnie tędy eksportowana jest ropa z Arabii Saudyjskiej, Iraku, Kuwejtu, Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Dla światowego rynku energii trudno znaleźć drugi szlak o porównywalnym znaczeniu.
Po kolejnej eskalacji napięć ropa Brent podrożała o ponad 3%, zbliżając się do 79 dolarów za baryłkę. Sam wzrost cen nie jest jednak najciekawszym sygnałem płynącym z rynku. Znacznie ważniejsze jest to, że coraz wyraźniej zmienia się zachowanie armatorów.
Według danych Kpler już w niedzielę przez Ormuz przepłynęło zaledwie sześć tankowców – najmniej od blisko dwóch miesięcy. Jeszcze bardziej wymowne są dane serwisu MarineTraffic. Wynika z nich, że od niedzielnego wieczoru nie odnotowano przepłynięcia przez cieśninę żadnego komercyjnego statku, którego pozycję można było potwierdzić na podstawie publicznych danych AIS. To oznacza, że zakłócenia przestały być wyłącznie elementem geopolitycznej narracji. Coraz mocniej wpływają na realny transport ropy.
Armatorzy ograniczają ryzyko, a to może mieć większe znaczenie niż same deklaracje
Dane o poszczególnych jednostkach pokazują, jak bardzo wzrosła ostrożność operatorów. Tankowce Wilmot i Seafaith początkowo zmieniły kurs podczas opuszczania Zatoki Perskiej, zawracając w kierunku cieśniny. Dopiero później wznowiły rejs. Tak oto Wilmot obrał kurs na Pakistan, natomiast Seafaith kieruje się do portu Sohar w Omanie.
Jeszcze ciekawszy jest przypadek jednostek Evalovia i Aisana. Oba statki wcześniej kierowały się w stronę wyjścia z cieśniny, jednak później przestały transmitować swoją pozycję. Ich obecnej lokalizacji nie da się potwierdzić.
Wyłączanie systemów AIS nie jest niczym niezwykłym podczas konfliktów zbrojnych. Armatorzy robią to, gdy uznają, że ujawnianie dokładnej pozycji statku może zwiększać ryzyko dla załogi lub ładunku.
Jednocześnie utrudnia to ocenę rzeczywistej sytuacji na morzu. Część jednostek nadal płynie przez Ormuz, ale skala ruchu pozostaje wyraźnie niższa niż jeszcze kilka dni wcześniej. W kierunku zachodnim widoczne są głównie pojedyncze statki, w tym frachtowiec Bayaze D oraz niewielka liczba irańskich jednostek zmierzających do krajowych portów.
Największym ryzykiem nie musi być całkowita blokada Ormuzu
Większość komentarzy koncentruje się na pytaniu, czy Iran zdecyduje się całkowicie zamknąć cieśninę Ormuz. To najbardziej spektakularny scenariusz, ale niekoniecznie ten, który dziś powinien najbardziej interesować inwestorów. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje się stopniowe ograniczanie przepustowości szlaku.
Jeżeli armatorzy będą nadal odkładać rejsy, zmieniać trasy lub ograniczać liczbę statków kierowanych przez region, światowy rynek może odczuć skutki nawet bez formalnego zamknięcia cieśniny.
Taki scenariusz oznacza wolniejsze dostawy, wyższe koszty ubezpieczeń, droższy fracht i większą niepewność importerów. W praktyce prowadzi to do ograniczenia efektywnej podaży ropy, mimo że sam surowiec nadal jest wydobywany. Historia rynku energii pokazuje, że właśnie takie stopniowe zakłócenia często okazują się bardziej trwałe niż jednorazowe szoki.
Dlaczego Ormuz pozostaje kluczowym punktem rynku?
Znaczenie cieśniny Ormuz trudno przecenić. Każdego dnia przepływa przez nią około 20 mln baryłek ropy i paliw, co odpowiada blisko jednej piątej światowej konsumpcji. Około jedna czwarta całego handlu ropą transportowaną drogą morską również przechodzi właśnie przez ten szlak.
Przez Ormuz eksportowany jest także skroplony gaz ziemny z Kataru, dlatego ewentualne zakłócenia nie ograniczają się wyłącznie do rynku ropy. Najbardziej narażone pozostają kraje azjatyckie, przede wszystkim Chiny, Indie, Japonia i Korea Południowa. To one importują znaczną część surowca właśnie z państw Zatoki Perskiej.
Europa jest mniej uzależniona od dostaw z tego kierunku, ale funkcjonuje na globalnym rynku energii. Jeśli ceny ropy wzrosną na świecie, europejskie rafinerie również zapłacą więcej za surowiec.
Dłuższe zakłócenia mogą podbić inflację
Rosnące ceny ropy to nie tylko problem sektora energetycznego. Droższy transport przekłada się na wyższe koszty produkcji i logistyki, a z czasem również na ceny paliw oraz wielu innych towarów. To może ponownie zwiększyć presję inflacyjną w gospodarkach, które jeszcze niedawno liczyły na stopniowe wygaszanie wzrostu cen.
Dla banków centralnych oznaczałoby to dodatkowy problem. Wyższe ceny energii mogłyby utrudnić dalsze obniżki stóp procentowych lub przynajmniej skłonić decydentów do bardziej ostrożnej komunikacji.
Dlatego rynek powinien uważnie śledzić nie tylko kolejne doniesienia z Bliskiego Wschodu, ale również dane o rzeczywistym ruchu statków. To one pokażą, czy obecne zakłócenia mają charakter przejściowy, czy zaczynają przeradzać się w problem dla globalnych dostaw ropy.
Na razie ceny surowca sugerują, że inwestorzy wierzą w stosunkowo szybkie uspokojenie sytuacji. Jednak obraz wyłaniający się z danych o żegludze wskazuje, że ryzyko dla podaży może być większe, niż obecnie wycenia rynek. Jeśli ograniczony ruch przez Ormuz utrzyma się przez kolejne dni lub tygodnie, inwestorzy będą musieli uwzględnić nie tylko ryzyko geopolityczne, ale również realne konsekwencje dla światowego rynku energii.
