Norwegia zwiększa wiercenia na północnych morzach – wbrew UE. Idea „zielonej baterii” Europy w odstawkę
Norwegia zamierza kontynuować wydobycie ropy i gazu – a także poszerzać je o nowo odkrywane złoża – na wodach arktycznych, niezależnie od stanowiska Unii Europejskiej. Taką zapowiedź przekazał niedawno norweski minister ds. energii, Terje Aasland. Nordyckie królestwo porzuca przy tym promowany uprzednio wizerunek „Zielonej Baterii” Europy i rezygnuje z propagowanej koncepcji i, by jej hydroelektryczny system służył jako bufor dla niestabilnych dostaw energii na kontynencie. Zamiast tego Oslo chce się skupić na dotąd nieeksploatowanych, a przy tym bardzo bogatych złożach węglowodorów pod dnem Morza Barentsa.
Decyzja Norwegów oznacza przy tym bezpośrednie zignorowanie moratorium na wiercenia w Arktyce, które przyjęła sobie Unia Europejska. Norwegia nie jest przy tym członkiem tejże Unii – jest za to członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Jako taki, kraj ten dotąd niemal mechanicznie, by nie rzecz spolegliwie wdrażał większość przepisów narzucanych przez Brukselę (mimo że nie miał żadnego wpływu na ich kształt i proces legislacyjny) – co kolejne norweskie rządy uzasadniały znaczeniem interakcji handlowych z UE i rzekomo niemożliwą do zaradzenia dominacją Unii we wzajemnych relacjach gospodarczych z tym bogatym krajem.
W tym kontekście obecny krok norweskich władz różni się jaskrawo od ich dotychczasowej polityki wobec UE. Nie dziwi to o tyle, że obecna sytuacja na świecie – a zwłaszcza na rynku paliw – bardzo wzmocniła pozycję Skandynawów wobec Brukseli. UE deklaruje bowiem oderwane od rzeczywistości „ambicje klimatyczne” (przy coraz głośniejszym sprzeciwie wielu państw członkowskich wobec samowoli unijnej centrali) – i niejednokrotnie usiłuje narzucić je także partnerom handlowym (oczywiście tym słabszym). Zarazem już od 2022 r. Norwegia pokrywa aż 30% zapotrzebowania na gaz w Unii, a obecnie, wraz z kryzysem w Zatoce Perskiej, dostawy z tego kraju stały się jeszcze istotniejsze.
Norwegia szuka gazu
Tyle, że sama Norwegia stoi w obliczu wyzwań, by swój potencjał surowcowy podtrzymać i rozwinąć. Wedle obecnie dostępnych estymacji, bez nowych inwestycji produkcja węglowodorów w Norwegii gwałtownie spadnie po 2030 roku. Stąd konieczne są nowe wiercenia – tym bardziej, że jest gdzie je prowadzić. Zaledwie niedawno firmy Equinor i Aker BP raportowały odkrycie gazu w pobliżu pola Balder na Morzu Północnym, 16 km na płn.-zach. od istniejących platform i 205 km od Stavanger. Odwiert oznaczony jako 25/7-13 napotkał tam na złoże gazowo-kondensatowe o możliwych do wydobycia zasobach – oczywiście wedle wstępnych szacunków – na poziomie 0,1–2,1 miliona standardowych metrów sześciennych ekwiwalentu ropy (Sm³ o.e.).
Odkrycie to, podobnie jak inne projekty w pobliżu działających platform, ma przyspieszyć ewentualne nowe inwestycje poprzez podłączenie do istniejącej infrastruktury. Equinor i Aker BP wespół z Vår Energi zawiązały zresztą strategiczny sojusz, którego celem jest eksploracja ok. 25 prospektów o wysokim potencjale na Norweskim Szelfie Kontynentalnym (NCS). Projekt ma charakter wieloletni, z naciskiem na duże złoża mogące podtrzymać samodzielny rozwój pól gazowych oraz zrównoważyć obecnie prognozowany spadek wydobycia. Skądinąd zapowiadany zamiar podtrzymania poziomu wydobycia do 2035 r. z istniejących złóż stoi w jawnej sprzeczności z wcześniejszymi deklaracjami jego zawieszenia w imię „transformacji energetycznej”.
Interes kraju czy interes… czyj w istocie?
Czynnikiem, który może natomiast te projekty skomplikować, jest aspekt prawny. Rząd walczy obecnie w Sądzie Najwyższym o utrzymanie pozwoleń na eksploatację trzech pól naftowych na Morzu Północnym: Breidablikk, Yggdrasil i Tyrving. Sprawa ich dotycząca trafiła do niego po tym, jak skargi organizacji ekologicznych oraz decyzje sympatyzujących z ich argumentami sądów niższej instancji doprowadziły do potencjalnego unieważnienia tych pozwoleń. Ekologowie twierdzą, że wydobycie musi być wstrzymane, bowiem oceny środowiskowe tych projektów rzekomo uwzględniały emisji Scope 3, czyli tych generowanych przez spalenie wydobytej ropy i gazu przez klientów (innymi słowy – głównie państwa trzecie).
Rząd chce podważenia tych decyzji, argumentując ich szkodliwość ważną dla całego kraju koniecznością utrzymania dochodów dla norweskiego funduszu suwerennego (obecnie wartego 2,3 bln dol.) oraz stabilności dostaw dla europejskich odbiorców. Rozprawy zaplanowano na cztery dni, zakończyć mają się 27 sierpnia, z wyrokiem spodziewanym w ciągu najbliższych miesięcy. Ewentualne utrzymanie w mocy decyzji instancji stworzyłoby precedens, w wyniku którego wszystkie przyszłe projekty wydobywcze także musiałyby się obawiać storpedowania przez prawny aktywizm ekologów. Norwegia zarobiła w zeszłym roku ok. 600 mld koron na eksporcie węglowodorów, co stanowi dominującą pozycję w bilansie handlowym kraju.