Milionowe odszkodowanie dla „rodzimych grup” za wydobycie na terenach, które nie należą do nich. Wyrok podważy prawo własności?
Koncern wydobywczy Fortescue Metals Group, założony przez miliardera Andrew Forresta, musi wypłacić plemiennej korporacji Yindjibarndi Ngurra Aboriginal Corporation „odszkodowanie” rzędu 150,1 milionów dolarów australijskich. Tak orzekł Sąd Federalny Australii w sporze, który ciągnął się niemal od dwóch dekad. Wyrok ten opiewa na najwyższą dotychczas przyznaną w podobnych sprawach kwotę – choć i tak to ledwie ułamek (mniej niż 10%) tego, czego domagali się Aborygeni. Stanowi on zarazem jeden z najjaskrawszych przypadków prawnego uprzywilejowania tych ostatnich wedle kryteriów rasowych – z którym to problemem Australia zmaga się od lat.
Decyzja zapadła 12 maja bieżącego roku na rozprawie w Perth i dotyczyła działalności wydobywczej w ramach projektu Solomon Hub w regionie Pilbara, w stanie Australia Zachodnia. Fortescue Metals działał na podstawie licencji wydanych przez rząd stanowy, które umożliwiały eksploatację złóż rudy żelaza. Fortescue uzyskał wszystkie wymagane zezwolenia w 2013 r., i wtedy też rozpoczął operacje wydobywcze. Solomon Hub obejmuje obszar o zasobach szacowanych na 2,8 miliarda ton rudy, rokując dziesiątki miliardów dolarów przychodu.
Od tego przychodu firma naturalnie płaciła nakazane prawem tantiemy, zaś Australia Zachodnia, która je inkasowała, przez lata nie dopatrzyła się naruszenia prawa. Dopatrzyli się go natomiast miejscowi Aborygeni z grupy Yindjibarndi. Powołali się oni – a konkretnie korporacja Yindjibarndi Ngurra Aboriginal Corporation – na „prawa do rodzimego tytułu”. Na jego podstawie, i mimo faktu, że teren Solomon Hub nie stanowi ich pawnej własności, zażądali oni od firmy ogromnego odszkodowania za działalność wydobywczą, rzędu 1,8 miliarda dolarów australijskich.
Na tę kwotę składać się miał: 1 miliard za „szkodę kulturową”, 678 milionów za straty ekonomiczne, 34,85 miliona za zniszczenie stanowisk archeologicznych oraz 112,14 miliona za rzekomy wpływ na „dysharmonię społeczną” (co to w ogóle w zasadzie oznacza…?) spowodowaną przez Fortescue.
Słowem wyjaśnienia – system „rodzimych tytułów”, który Australia ma w swym systemie prawnym od 1992 roku, nie został nigdy legalnie przegłosowany – jego wprowadzenie było efektem sądowego aktywizmu, a konkretnie precedensowego wyroku w sprawie Mabo, w której sąd tak „uznał”, efektywnie dekretując zmianę przepisów. Owe „rodzime tytuły” przyznają określonym grupom rdzennej ludności prawa ekonomiczne i kulturalne do terenów, które formalnie pozostają własnością Korony lub podmiotów prywatnych – w ten sposób (czego głośno nie przyznano, ale co jest oczywiste) podważając tę własność.
W przypadku Yindjibarndi roszczenia dotyczą obszarów, nad którymi nie sprawują oni konwencjonalnej własności, lecz domagają się uprzywilejowanego dostępu i rekompensaty za każdą działalność gospodarczą. Wyrok ilustruje mechanizm, w którym nawet spełnienie wszelkich wymogów prawnych nie chroni inwestora przed roszczeniami opartymi na kryteriach rasowych i kulturowych. Podobne regulacje faworyzują jedną kategorię mieszkańców na podstawie pochodzenia, generując koszty dla firm wydobywczych działających w zgodzie z prawem stanowym
I co gorsza, jako że prawa takie mają wyłącznie Aborygeni, stanowią efektywne uprzywilejowanie jednej grupy obywateli kosztem innych, na podstawie kryteriów rasowych. Choć bowiem niektóre z tych praw brzmią względnie niewinnie, jak np. prawo do polowania, zbieractwa, i praktyk religijno-kulturowych na podstawie tradycyjnych praw i zwyczajów, to inne ich aspekty – jak właśnie możliwość efektywnego opodatkowywania nawet legalnej, prywatnej działalności gospodarczej na podstawie „roszczeń kulturowych” – stanowią bezpośrednie pogwałcenie tegoż prawa własności.
Te jednak, najwyraźniej, współczesna Australia wydaje się traktować jako mniejsze zmartwienie niż nastroje Aborygenów. W swym orzeczeniu sędzia Stephen Burley stwierdził, że Yindjibarndi mają „głęboki i trwały związek” z ziemią, a działalność Fortescue spowodowała „istotne szkody” dla ich dziedzictwa kulturowego, w tym dla linii śpiewanych i innych obszarów o znaczeniu kulturowym. Sąd ustalił, że Fortescue zniszczyła lub uszkodziła ponad 250 stanowisk dziedzictwa kulturowego – co byłoby dopuszczalne, ale wtedy, gdyby zapłacił Yindjibarndi za zgodę na to.
Przy tym straty ekonomiczne z tytułu działalności firmy sąd oszacował na raptem 100 tysięcy dolarów australijskich, natomiast „straty kulturowe” wyceniono na 150 milionów. To znacznie więcej niż szacowała firma (8 milionów) oraz stan Australia Zachodnia (5-10 milionów). Pomimo to Yindjibarndi wyrażają rozczarowanie, określając przyznaną kwotę jako „orzeszki” w porównaniu z zyskami Fortescue. I zapowiadają apelację.
