Lotnisko we Frankfurcie pozwane – o puszczę amazońską. Niecodzienna skarga
W minionym tygodniu do brazylijskiego Sądu Federalnego w stanie Ceará wpłynął pozew zbiorowy przeciwko niemieckiej firmie Fraport AG. Podmiot ten jest operatorem największego lotniska w Niemczech, tego we Frankfurcie nad Menem. Co ciekawe, by nie powiedzieć kuriozalne – stroną pozwaną jest również grupa brazylijskich organów regulacyjnych, w tym agencje odpowiedzialne za koncesje lotnicze i ochronę środowiska. Roszczenia zawarte w pozwie opiewają na 100 mln reali brazylijskich, czyli około 16 mln euro.
Co sprawiło, że niemieckiego zarządcę lotnisk spotkał ten „zaszczyt”? Otóż była to puszcza amazońska. Poważnie. O szkody dla rzeczonej puszczy oskarża firmę pewien deputowany do rady miejskiej miasta Fortaleza, niejaki Gabriel Biologia (biorąc pod uwagę tematykę sporu, jego nazwisko zakrawa na mimowolny żart – jest jednak przypadkowe), wspierany przez grono rozmaitych działaczy ekologicznych i zielonych aktywistów. Podstawą roszczenia jest wycinka ponad 60 akrów (około 24 ha) lasu atlantyckiego na terenie lotniska międzynarodowego w Fortaleza.
Wycinka, dodajmy, legalna i w ramach oficjalnie autoryzowanej inwestycji. Dlaczego pozwano akurat Niemców? Otóż inwestycję tę – budowę magazynu logistycznego – realizował brazylijski podmiot zależny Fraport AG. Według zapisów pozwu rozbudowa jakoby naruszyła zatwierdzony plan koncesji wydany przez brazylijską agencję lotnictwa cywilnego ANAC oraz zaliczyła istotne wady prawne w procesie uzyskiwania licencji środowiskowej. W efekcie działania, które mieściły się w ramach koncesji, zostały zakwestionowane jako sprzeczne z wymogami ochrony bioróżnorodności i wpływu na lokalne ekosystemy.
Pozew specjalnej (i zielonej) troski?
Nie wnikając w zasadność tych twierdzeń, ciekawe jest, że pozwano tutaj nie podmiot bezpośrednio inwestycję realizujący, lecz jego spółkę-matkę (czyżby miała więcej pieniędzy na „odszkodowania”…?). Pozew twierdzi przy tym, że oprócz spółki-matki odpowiedzialność ponoszą również organy państwowe Brazylii. Zdaniem powoda, agencje regulacyjne dopuściły się bowiem zaniechań, umożliwiając realizację projektu pomimo znanych czynników ryzyka środowiskowego. W ten sposób sprawa wykracza poza typowy spór korporacyjny – chce bowiem pociągnąć do odpowiedzialności władze publiczne, i to z inicjatywy członków innych organów tychże władz! Nie sposób zaprzeczyć, pomysł ciekawy…
Oczywiście kwestią otwartą pozostaje, czy niemiecka firma w ogóle może być pociągnięta do odpowiedzialności na innym kontynencie i przed sądem państwa, w którym nie jest zarejestrowana, za skutki działań innych podmiotów – w gronie których znajdują się miejscowe władze. Sprawa pozostaje na etapie oczekiwania na wstępne rozpoznanie sądowe. Nie zapadły też jeszcze postanowienia o zabezpieczeniu ani o terminie rozprawy głównej. Z perspektywy prawnej kluczowe będzie ustalenie, czy wady procedury licencyjnej unieważniają formalną legalność inwestycji, czy też stanowią jedynie podstawę do roszczeń odszkodowawczych.
Dotychczasowe dane wskazują wyłącznie na zarzuty proceduralne – nie na całkowity brak pozwoleń. Cynicznie rzecz biorąc, 16 milionów euro może się okazać ceną, jaką niemiecki gigant może być zmuszony zapłacić za to, by brazylijskie organy mogły udowodnić, że ich nadzór środowiskowy nie jest zupełną fikcją. W końcu mowa o kraju, którego władze, w imię organizacji szczytu „klimatycznego”, bez mrugnięcia okiem wyrąbały drogę przez chronione fragmenty amazońskiej puszczy. Stąd też muszą pokazać, że jednak coś robią i jakie to są „eko”…
