Google chce wypuścić miliony zarażonych komarów. W jakim celu?
Koncern Alphabet, poprzez działającą pod swoim skrzydłem spółkę Verily – wcześniej funkcjonującą jako Google Life Sciences – złożył wniosek do amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska o zezwolenie na masowe uwolnienie 32 milionów komarów na terenie Kalifornii i Florydy. Przedsięwzięcie, nazwane roboczo „Debug”, zakłada rozrzucenie owadów w ciągu dwóch kolejnych lat, po 16 milionów sztuk rocznie, na obszarze nieprzekraczającym 800 akrów w każdym ze stanów.
Te niesympatyczne owady nie zostały wybrane przypadkowo. Google hoduje samce zarażone bakterią Wolbachia – drobnoustrojem występującym naturalnie u około 60% gatunków owadów, lecz nieobecnym u komarów przenoszących choroby takie jak denga, Zika czy żółta febra. Mechanizm działania opiera się na inżynierii biologicznej: po uwolnieniu zrobotyzowanych żłobków, gdzie sztuczna inteligencja kontroluje proces wychowu, samce spotykają się z dzikimi samicami. Bakteria przenosi się podczas kopulacji, skutecznie sterilizując partnerki lub uniemożliwiając im złożenie zdolnych do rozwoju jaj.
Efektem ma być stopniowe załamanie się lokalnych populacji komarów. Czyli cel, który w teorii powinien wywołać radość i ulgę mieszkańców (któż bowiem lubi komary…). Nie wszystko jednak jest takie proste.
Google ma „prezent” dla świata
W szerokiej świadomości Google kojarzy się przede wszystkim jako gigant Internetu, ale firma ta działa także w sektorze biotechnologii. Także ten projekt to kontynuacja wcześniejszych działań na tym polu. Verily prowadziło już wcześniej ograniczone testy w hrabstwie Fresno w Kalifornii, gdzie algorytmy uczyły się optymalizować czas i miejsce zrzutów. Teraz skala ma się radykalnie zmienić – z lokalnego eksperymentu na operację obejmującą dwa najludniejsze stany należące do tzw. Sun Belt, gdzie klimat sprzyja rozwojowi populacji Aedes aegypti.
Wniosek trafił pod rozwagę EPA w maju tego roku, z terminem na zgłaszanie uwag publicznych wyznaczonym na 5 czerwca. Agencja musi teraz rozstrzygnąć, czy zrzucanie milionów żywych, zainfekowanych organizmów nie stworzy „nieuzasadnionego zagrożenia” dla ludzi, zwierząt i ekosystemów. Dotychczasowe stanowisko regulatorów wskazuje, że Wolbachia klasyfikowana jest jako czynnik o znikomym ryzyku, choć skala interwencji – 32 miliony osobników wytworzonych przy użyciu sztucznej inteligencji i precyzyjnej robotyki – przewyższa wszystko, co dotąd próbowano w kontrolowanych warunkach na terenie Stanów Zjednoczonych.
Warto odnotować, że mimo powszechnej percepcji „zarażonych komarów” jako potencjalnego zagrożenia, samce Wolbachia nie posiadają aparatu gębowego zdolnego do kłucia (co nie zmienia faktu, że ich koszmarnie bzyczenie w nocy utrudnia spanie na równi z innymi komarami). Problem leży gdzie indziej: w nieodwracalności eksperymentu biologicznego przeprowadzanego przez podmiot korporacyjny, którego wcześniejsze dokonania w sferze ochrony zdrowia publicznego obejmują głównie rozwój algorytmów reklamowych i zbieranie danych użytkowników.
Biotechnologiczny kompleks Boga?
Decyzja EPA oczekiwana jest w ciągu najbliższych tygodni. Wniosek już zdążył wywołać ogromne kontrowersje – i to mimo faktu, że Google nie chce wypuścić komarów zmodyfikowanych genetycznie. A taki projekt też się pojawił – niedawno zresztą Lee Zeldin, administrator EPA, publicznie i kategorycznie zaprzeczył pogłoskom, jakoby agencja autoryzowała lub zamierzała autoryzować podobne działania. Tym niemniej nawet mimo tego krytyki nie brak. Jej źródłem jest tutaj sama próba manipulowania lokalnymi ekosystemami, znajomość konsekwencji których pozostaje – nomen omen – wciąż w stadium larwalnym.
A jeśli tego byłoby mało, to dodatkowym źródłem kontrowersji jest fakt, że działania te chce wdrożyć prywatny koncern, nie sprawujący władzy publicznej, nie pełniący oficjalnych obowiązków ani też nie podlegający mechanizmom (takim, jakie są, ale zawsze) kontroli demokratycznej nad organami państwowymi. Nie pomaga też fakt, że ambitne projekty sektora korporacyjnego w dziedzinie zdrowia publicznego zmagają się się w USA – szczególnie po doświadczeniach pandemii wirusa Wuhan – z rozpowszechnionym brakiem zaufania.
Jakkolwiek, gwoli uczciwości, trzeba przyznać, że instytucje państwowe nie cieszą się tutaj wiele lepszymi wskaźnikami zaufania. A podobne projekty w ich przypadku budzą nie mniejsze kontrowersje.
