Audi, BMW pod finansowy miecz: tysiące do zwolnienia, fabryki do zamknięcia, protesty pracowników
Tysiące pracowników koncernu Audi demonstrowało we środę na ulicach miasta Neckarsulm, w Badenii-Wirtembergii, protestując przeciwko planowanemu zamknięciu tamtejszej fabryki tej firmy. Likwidacja zakładu jest elementem szerszej restrukturyzacji, w ramach której Audi chce uciec przed finansową gilotyną – a które jednak obejmują zwolnienia tysięcy pracowników i likwidacje fabryk. Nawet tych najbardziej znaczących – w Neckarsulm mieszczą się jedne z kluczowych zakładów tej marki. Zakłady te, produkujące modele A5, A6 i A8 oraz niewielkie serie elektrycznego sedana e-tron GT, miałyby zostać zamknięte po 2030 r., co oznaczałoby zniknięcie około 15 tysięcy miejsc pracy.
Nie jest to zarazem krok w ostatnich miesiącach nietypowy. Zarówno Audi, jak i inne niemieckie koncerny motoryzacyjne sygnalizowały jeszcze dalej idące plany w zakresie restrukturyzacji – ten pierwszy zapowiedział już wcześniej redukcję siedmiu i pół tysiąca etatów w Niemczech do 2029 roku, głównie w administracji i rozwoju mimo że do niedawna zamknięcie fabryki mieszczącej się w samych Niemczech było „nie do pomyślenia” (przynajmniej dla tamtejszych związków zawodowych), a zwolnienia grupowe i restrukturyzacje obejmowały głównie zakłady w innych krajach. To jednak radykalnie się zmienia, a przyczynia się do tego dość brutalny rozrachunek ekonomiczny.
Do podobnego kroku przymierza się także BMW – firma ogłosiła plany zlikwidowania do 2027 roku 8 tysięcy etatów, co stanowi około 5 proc. jej całkowitej załogi (czyli ok. 154,5 tysiąca osób). Plany te opierają się programie dobrowolnych odejść, negocjowanym przez ponad sześć tygodni z radą zakładową i startującym w październiku tego roku. Wymierzony jest on głównie w działy administracyjne oraz badawczo-rozwojowe, oszczędzając natomiast stanowiska przy liniach montażowych. Choć to ostatnie z pewnością spodoba się związkom zawodowym, to także spowodowane jest przede wszystkim rachunkiem kosztów oraz dążeniem do ich jak najszybszego ograniczenia.
Monachijski producent, który w czerwcu obciął prognozę zysków z powodu załamania sprzedaży eksportowej, deklaruje unikanie przymusowych zwolnień – co brzmi pojednawczo, dopóki zainteresowani nie zorientują się, że przy obecnych nastrojach w branży albo znajdą się chętni do dobrowolnych odejść, albo też, nieco później, zwolnienia czekają wszystkich. Zaś redukcje w działach badawczo-rozwojowych, choć mniej dotkliwe finansowo – zwolnienie inżyniera kosztuje mniej niż restrukturyzacja linii montażowej i związanego z tym przetasowania sieci kontraktów u poddostawców – wiążę się z długofalowym ryzykiem przejęcia zatracenia przez dotąd flagowe zakłady firmy zdolności w zakresie kreowania nowych modeli.
Będzie jeszcze gorzej, zanim będzie lepiej
Oficjalnym powodem redukcji tak w przypadku BMW, jak i Audi jest spadek sprzedaży na lukratywnym rynku chińskim. Dodatkowym elementem jest także groźba wystawienia na amerykańskie cła zaporowe, jeśli dana firma nie ma zakładów produkcyjnych w Stanach Zjednoczonych. Obie firmy dołączają tym samym do Volkswagena, który niedawno ogłosił plany istnej rzezi w zatrudnieniu: chodzi o zamknięcie czterech niemieckich fabryk i zwolnienie stu tysięcy pracowników (jeśli naturalnie kierownictwu uda się złamać opór wszechmocnych związków zawodowych), a także Porsche, które chce się pozbyć ledwie pięciu tysięcy zatrudnionych – co jednak i tak stanowi ok. 20 proc. jej siły roboczej.
Przyczyna tych jest zresztą bardzo podobna: zajadła chińska konkurencja, która nie tylko dogania, ale i niejednokrotnie wyprzedza niemieckie marki pod względem jakości czy innowacyjności – zaś korzystając z sutych dotacji od władz w Pekinie może sobie pozwolić na oferowanie quasi-dumpingowych cen. Jak dotąd niewiele pomagają tutaj unijne zapory celne, wymierzone właśnie w chiński dumping. Do tego dochodzi także ogólne spowolnienie gospodarcze, a także czynnik niekiedy pomijany milczeniem, choć chyba najważniejszy. Jest to naturalnie klimatyczny fanatyzm władz Unii Europejskiej, która forsując swoje obłąkane restrykcje klimatyczne, doprowadza do takiego wzrostu kosztów produkcji w UE, że ta przestaje się opłacać.
W rezultacie nawet uchodzący za arcy-wpływowy niemiecki przemysł motoryzacyjny, do niedawna stanowiący regulacyjnego pupilka Brukseli, zaczyna krytykować ideologiczną linię tej ostatniej. Nie żeby miało to jak dotąd wymierne znaczenie – i dlatego też Audi, BMW czy Volkswagena czekają albo cięcia, albo jeszcze głębsze problemy.
