Wall Street ewakuuje się z funduszu Blue Owl. Akcje nurkują, wkroczy Departament Skarbu?
Sektor private credit – ten sam, który przez ostatnią dekadę pompował się tanim długiem i obietnicami stabilnych dwucyfrowych zwrotów – zaliczył pierwszy poważny kryzys. Blue Owl Capital, jeden z największych graczy z ponad 300 mld dol. aktywów w private credit, został zmuszony do zablokowania wypłat w dwóch kluczowych funduszach: Blue Owl Credit Income Corp. (OCIC, 36 mld dol. AUM) oraz Blue Owl Technology Income Corp. (OTIC).
W kwartale zakończonym 31 marca 2026 r. żądania wypłat zainwestowanych środków w OCIC eksplodowały do poziomu 21,9 proc. aktywów – z 5,2 proc. kwartał wcześniej. W OTIC było jeszcze gorzej: 40,7 proc. wobec 15,4 proc. poprzednio. Fundusze, zgodnie z konstrukcją, honorują maksymalnie 5 proc. Na OCIC wypłacono 988 mln dol., zostawiając w kolejce około 3,2 mld dol. Na OTIC – zaledwie 179 mln dol., z kolejką rzędu 1 mld dol.. Na koniec lutego oba fundusze miały razem 12,6 mld dol. w gotówce, liniach kredytowych i aktywach poziomu 2. Czyli teoretycznie wystarczyło. Praktycznie – nie.
Private credit w ogniu
Trudno uznać to bowiem za rynkowe turbulencje, po których wszystko jak zwykle wróci do normy. Inwestorzy wykonali bowiem klasyczny run na swoje środki, w sektorze o niskiej płynności, który od lat udawał, że jest odporny na klasyczne mechanizmy bankowe. Blue Owl w lutym zaczął wyprzedawać pożyczki w OBDCII, OBDC i OTIC za 1,4 mld dol. po cenie 99,7 centa za dolara. Część kupiła Kuvare – powiązana z Blue Owl spółka ubezpieczeniowa. Czyli własny portfel ratuje własny portfel. Akcje Blue Owl spadły tego dnia o 9 proc. w obrocie pre-market do 7,89 dol., i tracą już 41 proc. od początku roku.
Rynek private credit, czyli rynku finansowania ze źródeł pozabankowych, wyceniany jest na 1,8 bln dol.. Przez lata „karmił się” zerowymi stopami, masowym napływem kapitału ze strony inwestorów detalicznych oraz ekskluzywnych („high-net-worth„, czyli po prostu zamożnych) oraz narracją, że „nie jest skorelowany z rynkami publicznymi”. Teraz, gdy stopy są wyższe, a korporacje potrzebują refinansowania, okazuje się, że te same inwestorzy, którzy wciskali pieniądze do funduszy non-traded BDC (Business Development Companies, pozagiełdowe podmioty inwestujące w spółki giełdowe), nagle chcą je z powrotem – i to hurtowo.
Szpileczką w balonik?
Podobne ograniczenia uruchomiły w tym samym okresie Apollo, Ares i BlackRock. To wyraźny sygnał, że struktura rynku private credit – opierająca się na kwartalnych cyklach skupowania akcji przy aktywach, których nie da się szybko spieniężyć – zaczyna pękać dokładnie tak, jak w 2007 roku. Co prawda bank Goldman Sachs tydzień wcześniej opublikował raport, w którym uspokajał, że kryzys na rynku private credit nie pociągnie za sobą całej gospodarki. Tyle, że jej uspokajające tony wydają się… zwodnicze.
W myśl tez przedstawianych przez analityków banku, zdrowe bilanse korporacyjne większości firm, akceleracja kredytów bankowych czy popyt na kapitał z AI utrzymają płynność tego sektora. Tyle że te same argumenty padły przed każdym większym załamaniem na rynku kredytowym od 30 lat. Realna rzeczywistość ekonomiczna jest prostsza: gdy fundusze private credit zaczną faktycznie zaostrzać warunki finansowania (a muszą, bo tracą płynność), firmy – zwłaszcza technologiczne i średnie – zapłacą więcej za dług albo w ogóle go nie dostaną.
Bańka private credit nie pękła jeszcze z hukiem. Ale właśnie pokazała, że ma dokładnie te same wady, które zawsze miała: iluzję płynności, lewar i przekonanie, że tym razem będzie inaczej. Inwestorzy, którzy myśleli, że 9 proc. rocznego zysku z inwestycji to „bezpieczny przychód”, właśnie dochodzą do niemiłego wniosku, że założenie to nie jest wcale takie pewne. Ciekawe, czy Departament Skarbu poniewczasie dostrzegł, że może mieć kolejny rynkowy pożar do ugaszenia?