Nie będzie więcej samo-donosów klimatycznych. SEC znosi uciążliwy wymóg
Znany wszystkim regulator, amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), zamknęła właśnie jeden z bardziej kuriozalnych epizodów w historii regulacji rynkowych. Do kosza trafią bowiem reguły wymuszające na spółkach notowanych na giełdach (czyli niemal wszystkich największych) szczegółowe raportowanie „zagrożenia”, jakie ma generować ich własna działalność poprzez emisje gazów cieplarnianych oraz „ryzyko klimatyczne”.
Reguły takie, przyjęte na mocy administracyjnego zarządzenia, bez debaty czy głosowania w Kongresie, promulgowano w marcu 2024 roku, za rządów ekipy Joe Bidena (oraz jakże kontrowersyjnego Gary’ego Genslera jako przewodniczącego samej SEC). Co ciekawe, z uwagi na przewlekłość procesów administracyjnych, przepisy te nigdy nie zdołały w pełni wejść w życie – miało to dopiero nastąpić. Ale teraz niemal na pewno nie nastąpi, a przynajmniej nie w przewidywalnej przyszłości.
Obecna ekipa kierująca SEC, z Paulem Atkinsem jako przewodniczącym, uznała bowiem te regulacje za „dramatyczne przekroczenie” własnych uprawnień (jakże rzadka konkluzja w przypadku organu regulacyjnego). Oznacza to koniec wielomiesięcznych spekulacji na temat losu kontrowersyjnych regulacji. Propozycja zniesienia zasad miała trafić do Białego Domu już na początku maja, obecnie zaś została publicznie zaproponowana – co oznacza początek przewidzianych prawem konsultacji publicznych.
Giełdowy odmęt zieloności
Cała koncepcja od początku miała pod górkę. Zaledwie dziesięć dni po adopcji reguł dziewięć różnych podmiotów złożyło w sądach petycje o ich unieważnienie. Do koalicji pozywających dołączyło dwudziestu pięciu republikańskich stanowych prokuratorów generalnych oraz Amerykańska Izba Handlowa. Argumentacja była przewidywalna: przepisy wykraczają poza statutowe kompetencje agencji, stanowią arbitralną ingerencję w działalność przedsiębiorstw i nakładają nieproporcjonalne koszty.
Warto zaznaczyć, że nawet właśnie uchylane regulacje stanowiły i tak złagodzoną wersję tego, czego chciała poprzednia administracja. Zostały one jednak znacząco złagodzone pod wpływem lawiny krytyki, tysięcy uwag od interesariuszy oraz groźby pozwów sądowych. Pozwy te – wnioskując po tym, że SEC, za czasów Genslera bardzo ostro lansująca klimatyzm, mimo to wzięła krytykę pod uwagę – miałyby wszelkie szanse powodzenia i pośrednio potwierdzają opinię obecnego zarządu SEC na temat ich legalności.
Zrezygnowano wówczas zatem z wymogu ujawniania emisji Scope 3, czyli pośrednich emisji generowanych przez klientów oraz łańcuch dostaw danej firmy (!). Te właśnie emisje stanowiłyby gros „śladu węglowego” większości przedsiębiorstw – zakładając naturalnie, że w ogóle dałoby się je faktycznie zmierzyć, i co wydawało się praktycznym i regulacyjnym koszmarem (zwłaszcza, jeśli nie wystarczyłby szacunki, i SEC domagałaby się dokumentacji…).
SEC widzi światło
Mimo to, nawet te okrojone zasady miały przysporzyć przeciętnej spółce koszty rzędu 327 tys. dol. w pierwszym roku i 183 tys. w kolejnych latach. Szczególnie dla mniejszych podmiotów było to brzemię absurdalne. Analizy wskazywały, że pełna implementacja regulacji mogłaby przynieść nawet 18,4 miliarda dolarów zysków dla kancelarii prawnych, doradców i dostawców danych specjalizujących się w zagadnieniach klimatycznych, co jeszcze potęgowało opór biznesu.
Warto odnotować, że cała ta farsa legislacyjna trwała ponad dwa lata, generowała dziesiątki milionów dolarów w kosztach prawnych dla stron procesowych oraz niepotrzebną niepewność regulacyjną dla zobowiązanych podmiotów, przy czym żadna spółka nie musiała faktycznie złożyć ani jednego raportu klimatycznego w myśl uchylanych przepisów. Efekt końcowy jest taki sam – z tą różnicą, że SEC może oficjalnie ogłosić absurdalny wymóg martwym.