Motoryzacyjny gigant pierwszy raz od 7 dekad notuje straty. Rynkowa moda była błędem
Honda zanotowała pierwszą roczną stratę od 1955 roku, zamykając kończący się w marcu rok fiskalny stratą netto w wysokości 403,3 mld jenów, czyli około 2,6 mld dolarów. Jest to także pierwsza roczna strata japońskiego producenta od czasu debiutu giełdowego w 1957 roku. Powód? 1,6 bln jenów (prawie 10 mld dolarów) odpisów związanych z inwestycjami w samochody elektryczne – które pożarły potencjalny zysk w wysokości 7,4 mld dolarów.
W związku z takim wynikiem Honda planuje zweryfikować (czytaj: wycofać się z nich) zadeklarowane cele dotyczące pojazdów elektrycznych, zawiesza plany budowy fabryk EV oraz baterii w Kanadzie, a także sięga po tańsze komponenty z Chin. W szczególności rezygnuje z założeń, by do 2030 roku pojazdy elektryczne stanowiły jedną piątą sprzedaży nowych samochodów, oraz z planu pełnej elektryfikacji floty do 2040 roku.
Co więcej, firma na kolejny rok finansowy kończący się w marcu 2027 przewiduje dodatkowe 512 miliardów jenów strat powiązanych z inwestycjami w pojazdy elektryczne. Producent przenosi uwagę na hybrydy, motocykle oraz usługi finansowe, wskazując Amerykę Północną, Japonię i Indie jako rynki priorytetowe.
Zmiana dziejowych wiatrów na drogach
Decyzja o wycofaniu się z „ambitnych”, lecz w istocie sztucznych planów elektryfikacji nie była odosobniona – General Motors zarejestrowało 7,2 mld dolarów strat z tytułu wycofania się z EV, Ford – 17,4 mld, a Stellantis – aż 29,7 mld dolarów. Honda, podobnie jak konkurenci, postawiła na elektryfikację, obawiając się restrykcyjnych regulacji i licząc na rządowe dotacje dla nabywców. Ostatecznie jednak zmierzyła się z marnym popytem, nie korespondującym z ogromnymi nakładami.
Dodatkowo zaś zmiana amerykańskich przepisów dot. emisji – które za rządów Donalda Trumpa zliberalizowano, znosząc wyśrubowane normy wprowadzone przez administrację Bidena oraz uwalniając producentów od drakońskich kar, które miały grozić producentom nie wpisującym się w odgórnie stymulowany trend elektryfikacji – zlikwidowała regulacyjne zachęty wymuszające inwestycje właśnie w tym kierunku.
Tym bardziej, że jednocześnie zlikwidowano także ulgi podatkowe przysługujące nabywcom samochodów elektrycznych, zaś importowane auta obciążono cłami (wpierw 25%, potem 15%). Dodatkową niemiłą niespodzianką dla Hondy była także wojna pomiędzy holenderską centralą koncernu Nexperia, a jej chińskim oddziałem. Zaowocowało to na jesieni ubiegłego roku nagłym niedostatkiem chipów do samochodów – w wyniku czego Honda musiała tymczasowo wstrzymać pracę zakładów w Meksyku.
Honda i inni poszli z tłumem – ale były wyjątki
Nawarstwiające się problemy japońskich producentów motoryzacyjnych skłoniły ich – w tym gronie koncerny Mitsubishi, Nissan i właśnie Honda – do rozmów o współpracy, czy nawet jakiejś formie fuzji. Choć do tej ostatniej (na razie?) nie doszło, to sytuacja, z którą firmy te się zmagają, jest dość podobna – nietrafione inwestycje w samochody elektryczne, kryzys nadprodukcji tych ostatnich w Chinach, trudności konkurencyjne i słabnąca sprzedaż.
Z grona tego wyłamuje się za to największy japoński producent, Toyota. Firma ta wzbudziła niemałe kontrowersje, kilka lat temu idąc na przekór wszechogarniającemu, zdawałoby się, trendowi, jakim były EV – i zamiast aut elektrycznych (a przynajmniej tych zasilanych na baterie, bez własnych źródeł ich ładowania) postawił na rozwój alternatywnych źródeł zasilania, jak np. wodorowe ogniwa paliwowe, a także dalsze udoskonalanie silników spalinowych.
Decyzje te, jeszcze niedawno uważane za ekstrawagancję, okazały się dla firmy dobroczynne i mocno przyczyniły się do faktu, że Toyota znajduje się obecnie w znacznie lepszej kondycji finansowej niż krajowi konkurenci.