Hindenburg Omen miga nad Wall Street. Historia ostrzega – czy będzie krach?

Hindenburg Omen miga nad Wall Street. Historia ostrzega – czy będzie krach?

Na Wall Street ponownie pojawiła się cała seria wskaźników znanych jako Hindenburg Omen. Od lat używane są one do oceny kondycji szerokiego rynku akcji. Nazwa brzmi katastroficznie, choć historia nie daje podstaw, by każdy sygnał traktować jak zapowiedź krachu. Problem zaczyna się gdzie indziej. Podobne ostrzeżenia znów pojawiają się seriami, podczas gdy indeksy pozostają blisko rekordów. Tymczasem coraz więcej spółek zaczyna zachowywać się zupełnie inaczej niż liderzy hossy. Wobec sporej liczby sygnałów w krótkim czasie, uwagę na fakt zwrócił nawet sam Tom McClellan „popularyzator” wskaźnika, stworzonego przez Jima Miekkę w 1995 roku.

Najważniejsze fakty

  • Hindenburg Omen pojawił się ponownie w ostatnim tygodniu, a obecna seria liczy już osiem sygnałów.
  • Od 1970 roku średnia stopa zwrotu trzy miesiące po pojedynczym sygnale wynosiła około -2%, wobec około +2% w przeciętnym trzymiesięcznym okresie.
  • Po roku rynek historycznie nadal był na plusie, średnio o około 6%, choć wyraźnie słabiej od długoterminowej średniej wynoszącej około 9%.
  • Znacznie gorzej wyglądały okresy, gdy w ciągu trzech miesięcy pojawiało się co najmniej 11 sygnałów. W siedmiu takich przypadkach średni wynik S&P 500 po trzech miesiącach wynosił około -3,5%.

Hindenburg Omen nie szuka bessy

Sam mechanizm wskaźnika jest dużo ciekawszy niż jego nazwa. Hindenburg Omen pojawia się wtedy, gdy rynek jako całość pozostaje w trendzie wzrostowym, ale jednocześnie wyjątkowo dużo spółek ustanawia nowe roczne maksima i minima. Czyli indeks może wyglądać świetnie, a środek rynku już się rozpadać.

To właśnie rozjazd jest tutaj sednem. Jeśli duża grupa akcji wybija nowe szczyty, podczas gdy inna równie duża grupa spada do rocznych minimów, szeroki indeks może przez jakiś czas maskować rosnącą słabość. Wystarczy, że kilka największych spółek nadal ciągnie go w górę.

Taki obraz Wall Street oglądała już w tym roku. W maju i czerwcu półprzewodniki potrafiły mocno rosnąć, podczas gdy część software’u i megacapów przechodziła głębokie korekty. Indeks wyglądał spokojniej niż przeciętna spółka. Hindenburg Omen wychwytuje właśnie takie momenty.

Czy osiem sygnałów oznacza krach? Nie.

Tu trzeba od razu odciąć najbardziej efektowną interpretację. Pojedynczy Hindenburg Omen ma mizerną skuteczność jako narzędzie do przewidywania konkretnych spadków. Od 1970 roku S&P 500 znajdował się niżej trzy miesiące po sygnale w około 57% przypadków. Po roku odsetek spadał do około 25%.

To nie jest kryształowa kula. Co więcej, w ostatnich 15 latach wskaźnik radził sobie jeszcze słabiej. Po trzech miesiącach indeks był niżej tylko w około 37% przypadków, a średni wynik wynosił zaledwie około -0,5%. Po roku przeciętna stopa zwrotu sięgała już ponad 7%.

Czy więc można go wyrzucić do kosza? Też nie. Historyczne dane pokazują inną rzecz. Nie chodzi o pewność spadku, tylko o pogorszenie rozkładu możliwych wyników. Od 1970 roku przeciętny trzymiesięczny rezultat po Hindenburg Omen wynosił około -2%, podczas gdy zwykły trzymiesięczny okres dawał średnio około 2%. Różnica jest spora.

Prawdziwy problem zaczyna się, gdy sygnały przychodzą seriami

Pojedynczy sygnał niewiele mówi. Dopiero skupiska zaczynają mieć większą wagę. Co mówią przypadki, w których w ciągu trzech miesięcy pojawiło się co najmniej 11 Hindenburg Omens? Od 1965 roku było ich tylko siedem, więc próbka jest mała. Ale wyniki robią wrażenie. Średnia stopa zwrotu po trzech miesiącach wynosiła około -3,5%.

Po roku rynek był średnio wyżej zaledwie o około 3%, czyli o ponad 6 pkt proc. mniej niż przeciętnie w całej badanej historii. Nie jest to zapowiedź katastrofy. Jest za to wyraźna informacja, że rosnące pęknięcia wewnątrz rynku potrafią później odbić się na całym indeksie. Obecna seria ma osiem sygnałów. Jeszcze nie 11… Ale blisko.

Rynek już raz zignorował takie ostrzeżenie

Poprzednia większa seria zakończyła się 29 czerwca. Od tamtego czasu S&P 500 wzrósł o prawie 5%. Czyli sygnał się pomylił? Nie do końca, bo Hindenburg Omen nigdy nie miał wskazywać konkretnej daty szczytu. Pokazuje raczej, że struktura rynku staje się mniej zdrowa. Indeks może nadal rosnąć, szczególnie jeśli kilka największych spółek generuje większość wzrostu.

I tutaj pojawia się pułapka dla inwestora patrzącego wyłącznie na S&P 500. Rekord indeksu nie musi oznaczać, że cały rynek jest mocny. Jeśli coraz mniej spółek odpowiada za coraz większą część wzrostu, szerokość rynku pogarsza się jeszcze zanim główny benchmark zacznie spadać. Tak wyglądały niektóre wcześniejsze późne fazy hossy. Nie wszystkie kończyły się krachem.

Sierpień i wrzesień tworzą problem – dlaczego?

Sam Hindenburg Omen nie działa dziś w próżni. Rentowności amerykańskich obligacji ponownie rosną, konflikt z Iranem nadal podnosi premię za ryzyko, a rynek akcji pozostaje blisko historycznych maksimów. Do tego zbliża się wrzesień, statystycznie najsłabszy miesiąc dla S&P 500. Sezonowość oczywiście nie sprzedaje akcji sama z siebie. Potrzebuje katalizatora. Ale jeśli rynek wchodzi w słabszą część roku z wysokimi wycenami i rosnącą liczbą spółek ustanawiających nowe minima, margines bezpieczeństwa robi się mniejszy.

Najbardziej sensowny sposób wykorzystania tego wskaźnika jest znacznie mniej spektakularny niż sugeruje nazwa. Nie chodzi o shortowanie S&P 500 po każdym sygnale… Ani o traktowanie go, jako przepowiedni. Chodzi o szerokość rynku. Jeśli liczba sygnałów dalej będzie rosła, a jednocześnie indeks pozostanie blisko rekordów dzięki garstce największych spółek, rozjazd stanie się trudniejszy do ignorowania. Szczególnie gdy obecna seria dojdzie do poziomów obserwowanych wcześniej przy większych skupiskach sygnałów. Podsumowując – Hindenburg Omen sam krachu nie przewiduje. Ale powinien sygnalizować ostrożność.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!