#A_E | Czy zaciskanie pasa ma sens? | Analiza austerity

960

Wczoraj pisałem na temat sytuacji w Brazylii, gdzie trwa spór pomiędzy polityką zaciskania pasa zwaną austerity a wzmożonymi inwestycjami. Drugi kraj na świecie pod względem zachorowalności na covid popada w coraz głębszy kryzys, który niebawem sięgnie 90% PKB. Brazylijscy ekonomiści zastanawiają się, jak zapobiegać dalszej recesji. W związku z tym zaproponowano dwa skrajnie odmienne podejścia…

Na czym polega polityka Austerity?

To tak zwana polityka zaciskania pasa. Polega na cięciu wydatków fiskalnych wszędzie, gdzie tylko to możliwe. W skrajnych przypadkach nawet w ochronie zdrowia, ochronie przeciwpożarowej (case Grenfell Tower) itd. Zakłada, że jeśli dziś wydamy więcej by się ratować, to czeka nas przysłowiowe siedem lat chudych i trzeba się tego kurczowo trzymać.

Badania, które okazały się błędne

Ponad dekadę temu amerykańscy ekonomiści Carmen Reinhart i Kenneth Rogoff wykazali, że ponoć przekroczenie relacji długu do PKB na poziomie 90% ma powodować załamanie wzrostu gospodarczego, co oznacza, że osiągnięcia tego pułapu należy za „wszelką fiskalną cenę” unikać.  Było to główne uzasadnienie polityki Austerity do momentu jak w 2013 roku Thomas Herndon, Michael Ash i Robert Pollin wykazali błędy w metodologii tego badania. Ostatecznie wyszło, że w okresach o wysokim zadłużeniu krajom wysoko rozwiniętym, owszem doskwiera spowolnienie wzrostu gospodarczego, ale o połowę, a nie jak wcześniejsi dwa zakładali – załamanie kompletne.

MFW zajął stanowisko

Cała ta sytuacja wywołała szerszą dyskusję publiczną na temat bezkrytycznego przyjmowania badań naukowych, które jak się okazało mogą mieć się nijak do rzeczywistości. Koniec końców Międzynarodowy Fundusz walutowy zajął stanowisko w sprawie. W 2013 roku ogłosili, że mnożnik fiskalny nie wyniósł 0,5 a aż 1,6! Przekładając na język polski – cięcie wydatków o 1 euro spowoduje spadek PKB o 1,6 euro, nie o 0,5 euro. To był ostateczny gwóźdź do trumny polityki zaciskania pasa.

Austerity a inwestowanie zysków w dług

Warto różnicować jedną ważną rzecz. Zaciskanie pasa a inwestycje, mające na celu spłatę długu. To dwie różne bajki. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z odejmowaniem sobie od talerza na poziomie makro, a to, co odjęliśmy dajemy na konto z wielkim kredytem, który zaciągnęliśmy, gdy był kryzys.

 W drugim przypadku gramy zupełnie inaczej. Inwestujemy, zgarniamy zyski nadzwyczajne i wrzucamy część w minus, który wygenerowaliśmy, gdy był kryzys ( i nie, wcale nie oznacza to podnoszenia podatków).  Traktujemy środki wzięte wcześniej jako swoistą dźwignię dla przedsięwzięcia o nazwie „przetrwanie” i gdy już to zrobimy,to dalej przemy do przodu (w nowoczesnym modelu państwo uruchomiania częściowy „dobry interwencjonizm”) i powoli sektor prywatny zaczyna regulować cały bałagan do momentu aż w średnim okresie wyjdziemy na prostą.

Austerity a czas

W przypadku polityki zaciskania pasa zanim oddasz to, co wziąłeś, wcześniej musi minąć czas. Skoro oddawanie długu to czas x kwota, to, jeśli kwota jest mniejsza to i czas musi się przedłużyć. Wtedy niespodzianka – kolejny kryzys. Słyszałeś o teorii cykli koniunkturalnych? Ten najkrótszy to cykl Juglara, który spowodowany jest zmianą wydatków inwestycyjnych, PKB, inflacją i bezrobocie. Występuje, co 8 -10 lat. Zmierzam do tego, że zanim tym austerity uda się cokolwiek zdziałać to przywita nas następny kryzys. Co wtedy? Kolejne Austerity?

Co z jakością życia?

Inna kwestia to jakość życia i szeroko pojęty dobrobyt. Ekonomiczne uzasadnienia (a raczej ich brak) polityki zaciskania pasa to jedno, ale inną sprawą jest stopa życiowa jednostki. Brak inwestycji publicznych, subwencji i dopłat, wysokie podatki, z których większość idzie na social, bo przecież kryzys to wzrost bezrobocia. Zagrożenie emigracji do innych państw i obniżony przyrost naturalny to zagrożenia płynące z wdrażania tego typu środków zaradczych. To tylko niektóre z zagrożeń.

Wpływ zaciskania pasa na przedsiębiorczość

Tutaj sprawa jest jasna. Brak impulsów fiskalnych to mniejszy popyt wewnętrzny. Mniejszy popyt to mniejszy udział sektora prywatnego w regulowaniu rynku lub rozwój szarej strefy. To bardzo proste – gdy zabraknie przedsiębiorców w gospodarce wolnorynkowej to jak to mawiał polski filozof „nie będzie niczego”. W poprzednim ustroju owszem, jakoś dałoby radę to przełknąć, ale w kapitalizmie obawiam się, że nie.  

Zaciskanie pasa a inwestowanie

Gdy w obrębie państwa doszło do obniżenia popytu wewnętrznego to w parze z nim może iść z nim obniżenie popytu inwestycyjnego. Mowa tu o instrumentach finansowych i szeroko pojętnej giełdzie. Część osób zarobi grając na szortach i zakładając się rynkiem, że będzie jeszcze gorzej. Jednakże w większości przypadków gracze indywidualni grają na pozycjach długich oczekując na zielony kolor w liczbach. Zapowiedź „siedmiu lat chudych” to impuls dla całego rynku pt. „czas wycofać środki”. Tak, wiem, że znajdą się tacy, którzy będą skupować wszystko jak leci za bezcen. Potem będą czekać, aż wzrośnie w dłuższej perspektywie czasowej. Zazwyczaj będą to większe podmioty, które skupią sobie lwią część danego sektora, by potem móc wpływać na ruchy cen. Zmierzam tu jednak do czegoś innego. Chodzi o ogólną kondycję rynku, na którą polityka wywiera ogromny wpływ.

A gdyby rak rynek regulował się sam?

I teraz przechodzimy do sedna. Gdyby tak dać impulsy fiskalne wolnemu rynkowi, nie karać go podatkami za rozwijanie się i pozwolić, aby z czasem sam się odbudował? Brzmi całkiem nieźle, więc czemu tak bardzo się przed tym wzbraniać? Zapraszam do komentowania!

Komentarze