Światowy rynek ropy uniknął większej paniki nie dlatego, że sytuacja nagle zrobiła się spokojna. Uniknął jej, bo Chiny przez chwilę zachowały się jak hamulec bezpieczeństwa. Pekin ograniczył zakupy ropy i LNG, sięgnął po zapasy i nie rzucił się agresywnie na tankowce w momencie, gdy napięcia wokół Bliskiego Wschodu podbiły nerwowość rynku. Problem w tym, że taki hamulec nie będzie zaciągnięty na zawsze.
Chiny chwilowo uratowały rynek ropy. Teraz mogą odpalić kolejny skok cen
Według danych przywoływanych przez Oilprice.com chiński import ropy miał spaść w maju do około 6,6 mln baryłek dziennie, czyli najniższego poziomu od 2016 roku. To wygląda jak słabszy popyt, ale może być czymś zupełnie innym. Strategicznym przeczekaniem kryzysu. Chińskie rafinerie ograniczały przerób, kupujący opóźniali zakupy, a gospodarka korzystała z zapasów zgromadzonych w poprzednich latach, gdy ropa była tańsza.
To właśnie chińskie magazyny mogły być jednym z głównych powodów, dla których Brent po szoku związanym z Ormuzem nie został na ekstremalnych poziomach. Dla świata była to ulga. Dla rynku może to być jednak tylko cisza przed kolejnym ruchem.
Bo Chiny nie mogą w nieskończoność ograniczać importu, jeśli jednocześnie chcą utrzymać przemysł, transport, lotnictwo i bezpieczeństwo energetyczne. Jeśli Pekin uzna, że ryzyko wokół Ormuzu choć trochę maleje, może wrócić na rynek po ropę i gaz znacznie mocniej, niż wielu dziś zakłada. A wtedy układ sił znowu się zmieni i ceny – z dużym prawdopodobieństwem – wystrzelą.
Europa może znowu walczyć z Azją
Według scenariusza opisanego przez Oilprice, wzrost chińskich zakupów ropy o 500 tys. do miliona baryłek dziennie w ciągu najbliższych miesięcy mógłby wypchnąć Brent z powrotem w okolice 120–130 dolarów. I to nawet bez nowej eskalacji militarnej. Wystarczyłoby, że Chiny przestaną czekać i zwolnią ręczny.
Podobny problem dotyczy LNG. Europa korzystała na tym, że Pekin tymczasowo wycofał się z rynku spotowego. Jeśli Chiny wrócą po dostawy przed zimą, europejscy kupujący mogą znów stanąć do licytacji z Azją. A to oznacza presję na ceny gazu dokładnie wtedy, gdy magazyny trzeba będzie uzupełniać przed sezonem grzewczym.
Największe ryzyko polega więc nie na tym, że Chiny nagle rozgrzeją gospodarkę do czerwoności. Wystarczy, że zaczną odbudowywać zapasy. Przez ostatnie miesiące Pekin stabilizował rynek energii swoją nieobecnością. Teraz ta sama nieobecność może się skończyć. I wtedy ropa oraz LNG znowu przypomną światu, kto naprawdę trzyma rękę na pulsie globalnego popytu.
Czytaj więcej w dziale gospodarka na Bithub:
Dane Fed szokują: przemysł w Stanach Zjednoczonych rozkwita. Co dalej?
Mamy więcej w portfelu, ale i większe wydatki. GUS podał nowe dane o dochodach
UOKiK stawia zarzuty H&M i Peek & Cloppenburg. Chodzi o fałszywe promocje i obniżki