Kontrolerzy ruchu lotniczego: nowe regulacje prowadzą do katastrofy. Regulator: nie widzimy problemu

Lotnisko w Sydney – największy węzeł transportu lotniczego w Australii – odnotował w ciągu trzech tygodni trzy incydenty zaliczone do kategorii „near-miss” – w tym sytuację z 27 lipca tego roku, gdy samolot linii Qantas otrzymał zezwolenie na przekroczenie pasa startowego bezpośrednio przed nosem innego, właśnie lądującego Airbusa tej samej linii. Innymi słowy – niemal prosząc się o tragiczną w skutkach katastrofę lotniczą z setkami zabitych. Z kolei dwa tygodnie wcześniej doszło tam do bliskiego spotkania maszyn Jetstar i Qatar Airways. Zaledwie w tym tygodniu niewiele brakowało natomiast, by na drogach do kołowania zderzył się Airbus z Boeingiem, obydwa należące do Qantas.

Australijskie Biuro Bezpieczeństwa Transportu (ATSB) uruchomiło dochodzenie wyjaśniające. Wyjaśnienia i owszem, pojawiają się – jednak nie w formie wniosków z dochodzienia, a ostrzeżeń od whistleblowerów dot. patologii regulacyjnych. Co ważne, nie chodzi tutaj o whistleblowerów przypadkowych, lecz osoby z grona kontrolerów lotu pracujących na tamtejszym lotnisku. Rzeczeni mają sygnalizować „ciężkie obawy” dotyczące tego, w jaki sposób praca największego australijskiego portu lotniczego jest obecnie zorganizowana. A mówiąc dokładniej – ostrzegają, że organizacja ta grozi katastrofą.

Lotnisko w Sydney oblężone – przez biurokrację

Chodzi głównie o to, że zarządzanie przestrzenią powietrzną nad Sydney przeszło w ostatnich miesiącach szereg złożonych zmian proceduralnych, wdrożonych przy jednoczesnym niedoborze kadry operacyjnej i programie przyspieszonego szkolenia nowych kontrolerów. Tak od anonimowych pracowników wieży kontrolnej, jak i reprezentującego ich związku zawodowego napływają do ATSB ostrzegawcze raporty. Jak obawiają się kontrolerzy, nowo wprowadzone zmiany mają wszelkie szanse przyczynić się do ryzyka kolizji samolotów, a to przez kombinację braków personalnych, ograniczonego doświadczenia znacznej części pracowników oraz natłoku i skomplikowania technicznych szczegółów nowo zaordynowanych procedur.

Pracownicy już w czerwcu wprost przyznawali, że nie mają wystarczającego zaufania do swoich umiejętności, aby móc z powodzeniem kierować ruchem, jednocześnie opanowywać w przyspieszonym tempie nowe procedury – i jeszcze zmagać się z nierozwiązanymi patologiami funkcjonowania tamtejszego lotniska (jak np. chroniczne nadgodziny i przepracowanie). Konkluzja płynących od nich sygnałów sprowadza się do tego, że jednostka odpowiedzialna za kontrolę powietrza (Terminal Control Unit) nad lotniskiem w Sydney nie jest obecnie w stanie zapewnić bezpiecznego zarządzania ruchem, szczególnie przy obecnie narzuconym tempie wprowadzania nowych regulacji.

Ważne są *procedury*, nie skutki praktyczne

Na przekór tym wszystkim sygnałom zarówno Airservices Australia (państwowy podmiot odpowiedzialny za bieżącą kontrolę ruchu lotniczego, zatrudniający kontrolerów), jak i Nadzór Bezpieczeństwa Lotnictwa Cywilnego (CASA, tamtejszy regulator lotniczy) nie tracą dobrego humoru. Regulatorzy twierdzą, że braki personalne czy tempo wdrażania procedur nie wpływają na bezpieczeństwo operacyjne. I mają być „usatysfakcjonowani” wprowadzeniem „szkoleń, procedur oraz wsparcia operacyjnego dla (…) zmian w [organizacji] przestrzeni powietrznej”. Deklaracja ta padła mniej więcej w tym samym czasie, w którym Airservices Australia przez trzy dni z rzędu nie była w stanie znaleźć ludzi do obsadzenia wież kontrolnych w wymaganym wymiarze.

Zmusiło ją do wdrożenia mechanizmów Air Traffic Flow Management, ograniczających liczbę startów i lądowań poniżej przepustowości lotniska. Efektem były wielogodzinne opóźnienia oraz ponad 150 odwołanych lub opóźnionych rejsów w jeden weekend. Kontrolerzy lotu w Sydney pracują obecnie w systemie rotacyjnym opartym na setkach godzin nadliczbowych, co generuje klasyczne warunki wypalenia zawodowego i degradacji koncentracji. Tymczasem praca kontrolera lotu należy do najbardziej stresujących i wymagających najwyższej koncentracji zawodów. Efektem zmęczenia lub braku koncentracji są zaś widowiskowe tragedie. Kierownictwo, które osobiście nie siedzi w wieży kontrolnej w Sydney, zdaje się jednak twierdzić, że wie lepiej.