Komendant policji w Paryżu: wynajmijcie sobie ochroniarzy. Skandal po szczerej poradzie

Komendant policji w Paryżu: wynajmijcie sobie ochroniarzy. Skandal po szczerej poradzie

Patrice Faure, komendant paryskiej policji (préfet de police) poradził paryskim sklepikarzom, by przed sobotnimi manifestacjami środowisk lewicowych i anarchistycznych wynajęli sobie prywatną ochronę. Porada – dogłębnie zdroworozsądkowa – została uznana za skandaliczną i wywołała awanturę. Krytycy pomstują, że bezpieczeństwo publiczne to „domena państwa”, a nie pozycja w rachunku kosztów. Złośliwi zauważają jednak, że jedyną winą komendanta jest to, że przyznał, że „król jest nagi”, i powiedział na głos to, czego władze udają, że nie widzą.

Szczere przyznanie komendanta padło w nader delikatnym momencie. Sobotnie zamieszki w Paryżu zapowiadają się na masowe: w teorii to ciąg dalszy „protestów uczniów”, w praktyce – masowa fala rabunków, wandalizmu, plądrowania sklepów i domów, dokonywana w znacznej mierze przez przedstawicieli środowisk i bojówek skrajnie lewicowych oraz środowisk imigranckich. Obrazy te są boleśnie znane każdemu prowadzącemu drobny biznes w centrum Paryża. Niemal każdym „protestom” towarzyszą samochody podpalane dla zabawy przez „młodzież”, zaś zabezpieczenie okien i witryn deskami uchodzi za absolutnie podstawowy warunek dla każdego, kto chce mieć nadzieję na uniknięcie rozszabrowania swojej firmy.

W teorii naturalnie francuska policja „zabezpiecza” protesty i zwalcza przypadki wandalizmu. Realnie jednak ochrona ta ma charakter iluzoryczny, zaś policja okazuje się rozpaczliwie nieskuteczna oraz zbyt nieliczna. W tej właśnie sytuacji prefekt Faure zasugerował, by właściciele biznesów zajęli się tym sami. Porada sama w sobie jawi się jako rzadkie przyznanie realiów przez przedstawiciela władz: francuska policja w istocie nie jest w stanie poradzić sobie z masowym bandytyzmem w toku zamieszek, ale władze nieodmiennie udają, że wszystko mają pod kontrolą i nie ma się czego obawiać. W tym sensie słowa te są bardzo odświeżające.

Obywatele mają „polegać na państwu”

Oczywiście problem w tym, że łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Wynajęcie prywatnej ochrony, zwłaszcza tuż przed rozruchami, to dla wielu mniejszych firm wydatek nie do udźwignięcia. Bronić swych firm czy domów Francuzi z kolei nie mają jak – francuskie przepisy rozbrojeniowe skutecznie pozbawiają podstawową masę mieszkańców tego kraju dostępu do skutecznych narzędzi pozwalających na skuteczne zabezpieczenia mienia przed hordą szabrowników. Dodatkowo przepisy dot. „obrony koniecznej” postrzegane są jako nieżyciowe, niesprawiedliwe i faworyzujące napastników, broniącym się grożąc poważnymi konsekwencjami.

Ba, nawet prywatni ochroniarze są bardzo mocno skrępowani przez uciążliwe przepisy. W większości nie mają broni, pracują pod nadzorem organów policji, zaś ich uprawnienia są wąskie – może zatrzymać sprawcę w ograniczonym zakresie, ale na siłową napaść mogą zareagować siłą tylko w granicach „obrony koniecznej”, ocenianej zresztą po fakcie, na wspomnianych powyżej, nieżyciowych warunkach,. Branża prywatnej ochrony, która zatrudnia ok. 300 tys. osób, sama narzeka zresztą na niedobór ludzi i niemożność poradzenia sobie w takich okolicznościach prawnych i rynkowych ze stawianymi przed nią zadaniami.

Komendantowi policji się wymsknęło…?

I stąd też apel prefekta paryskiej policji, jakkolwiek odświeżający swą szczerością, wywołał takie kontrowersje. Wybrzmiała bowiem – najpewniej w niezamierzony sposób – oskarżycielsko. Wielu komentatorów wskazuje, że francuskie państwo bezceremonialnie łamie fundamentalne założenia tzw. kontraktu społecznego. Państwo agresywnie ściąga podatki – Francja ma jedne z najwyższych obciążeń w OECD, rzędu 45 proc. PKB – i równie agresywnie pilnuje, by obywatele pozostawali bezbronni, nie trzymając w szafie „niedozwolonego” karabinu czy strzelby.

Natomiast swojej części tej niepisanej umowy, czyli obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa, nawet nie udaje, że realizuje. Stąd też sugestia wynajęcia – na własny koszt – prywatnych ochroniarzy wywołała falę pytań, dlaczego indywidualni właściciele mają ponosić koszty nieudolności państwa. I czy mogą w związku z tym nie zapłacić podatków. I choć odpowiedź na to ostatnie pytanie jest w ponury sposób oczywista, to francuskiemu rządowi coraz trudniej jest udawać, że wszystko jest w porządku. Nawet jeśli odpowiedzialnością za skandal obciąży się nie instytucjonalnych architektów problemu, a komendanta, który publicznie go dostrzegł.