„Wszyscy pacjenci pod respiratorami nie żyją”. Prąd do szpitala odcięty, by zasilić koncert, propagandową imprezę dla aktywistów politycznych
Wszyscy pacjenci jednego z głównych hawańskich szpitali, a korzystający z systemów podtrzymujących życie, udusili się – lub w inny sposób stracili życie. Stało się tak, gdy urządzenia szpitalne nagle straciły dopływ energii elektrycznej. Ta okazała się „niezbędna” gdzie indziej – na pobliskim koncercie i imprezie. W ten sposób pogrążona w kryzysie Kuba, już i bez tego niesłynąca z dostatku (wyłączając naturalnie przedstawicieli elity rządzącej) wyznaczyła nowy standard w dziedzinie „troski” o swoich obywateli.
Incydent nastąpił w weekend 21–22 marca, gdy Kuba gościła około 650 polityków i aktywistów z 33 krajów i ponad 100 lewicowych organizacji, w tym Progressive International, The People’s Forum oraz Code Pink. Grupa, w skład której weszli m.in. Hasan Piker i Jeremy Corbyn, spotkała się z prezydentem Miguelem Díaz-Canelem i innymi przedstawicielami komunistycznego reżimu. Przekazano 20 ton „pomocy humanitarnej” – panele słoneczne, żywność i leki onkologiczne – lecz priorytetem okazał się wymiar propagandowy wydarzenia.
W momencie, gdy większość wyspy od tygodni pogrążona jest w ciemnościach, zaś mieszkańcom jedzenie psuje się w pozbawionych zasilania lodówkach, lewaccy aktywiści zakwaterowani zostali w pięciogwiazdkowych hotelach z klimatyzacją, zasilanych prywatnymi agregatami dieslowskimi, podróżowali zaś klimatyzowanymi autobusami. Naturalnie zadbano także o rozrywkę dla szanownych zgromadzonych – Kuba nie ma środków na elementarne zaopatrzenie ludności w paliwa, ale wystarczyło tych środków na zorganizowanie koncertu irlandzkiego zespołu Kneecap.
„Humanitarny” koncert śmierci
Właśnie ten koncert, który odbył się w Pabellón Cuba, połączony z „humanitarną” imprezą dla aktywistów, okazał się bezpośrednio prowadzić do tragedii. Jej przyczyną był masowy pobór prądu ze skrajnie niewydolnego systemu energetycznego. Aby zasilić nagłośnienie i oświetlenie sceny, przekierowano tam dostępną energię z całej dzielnicy Hawany – w tym zlokalizowanego tam szpitala. Ten ostatni był co prawda wyposażony w awaryjne generatory, te jednak, w odróżnieniu od tych, które znajdują się w hotelach dla „gości”, nie uruchomiły się (bardzo prawdopodobne, że po prostu nie miały paliwa).
W efekcie urządzenia medyczne stanęły, zaś pacjenci zaczęli po prostu umierać. Liczba ofiar nie została oficjalnie potwierdzona przez władze, lecz niezależne relacje mówią o kilkudziesięciu zgonach. To wszystko w kraju, w przypadku którego „powszechna”, „darmowa” służba zdrowia jest przedstawiana jako kluczowe osiągnięcie komunistycznego systemu, pod rządami którego wyspa znajduje się nieprzerwanie od 1961 roku. A które to rządy Donald Trump i jego ekipa – jak przyznają bez ogródek – chcieliby doprowadzić do końca.
Kuba w mroku, dosłownie i w przenośni
W wyniku odcięcia przez Waszyngton dostaw ropy (zwłaszcza tej z Wenezueli, którą do niedawna Kuba otrzymywała za półdarmo), rachityczna, socjalistyczna gospodarka wyspy zaczęła się szybko rozkładać. Efektem tego jest właśnie trwający od całych tygodni kryzys energetyczny. W niektórych regionach przerwy w dostawach przekraczają 20 godzin na dobę. W ciągu bieżącego miesiąca sieć energetyczna uległa załamaniu na niemal całej powierzchni kraju. Władze przyznały, że prowadzą negocjacje z administracją Trumpa w sprawie dostaw paliwa – jednocześnie kierując dostępne moce na imprezę wizerunkową.
W toku swej wizyty, zgromadzeni lewicowi aktywiści wznosili hasła propalestyńskie i antyamerykańskie. Do kwestii kilkudziesięciu Kubańczyków zabitych przez wyłączenie respiratorów się natomiast nie odnieśli.
