Wenezuela: upadek Maduro, droga do dyktatury i anatomia bezdennej katastrofy niegdyś najbogatszego kraju na kontynencie

Wenezuela: upadek Maduro, droga do dyktatury i anatomia bezdennej katastrofy niegdyś najbogatszego kraju na kontynencie

Schwytany wczoraj w nocy Nicolás Maduro, wieloletni autorytarny prezydent Wenezueli, niebawem (bo już w poniedziałek) rozpocznie ostatni etap swej kariery politycznej. Zostanie bowiem doprowadzony na wstępne posiedzenie w nowojorskim sądzie federalnym, gdzie usłyszy litanię zarzutów, w szczególności tych odnoszących się do zorganizowanej przestępczości narkotykowej. Akt ten będzie symbolicznym zamknięciem jego wspomnianej kariery politycznej, która – tyleż co błyskotliwa – wiązała się zarazem z tragedią i generacyjną katastrofą dla kraju, którą Wenezuela za jego sprawą toczona jest do dziś.

Maduro był prezydentem przez 12 lat – a przynajmniej za takiego się podawał, „legitymizując” swoją pozycję w kolejnych fałszowanych elekcjach o charakterze zbiorowej farsy. Rządził nieudolnie – nie mając ku temu talentu ani kompetencji – ale twardo, siłą i represją tłumiąc wszelki sprzeciw. Nie planował długoterminowo, ani też nie przejmował się rozwojem swojego kraju – priorytetem była dla niego władza sama w sobie, a także osobisty i grupowy profit. Nie przeszkadzało mu tu gromko domagać się „socjalistycznej równości” oraz gromko potępiać „amerykański imperializm”.

Jego rządy, kontynuujące dziedzictwo jego politycznego mentora, Hugo Cháveza, doprowadziły kraj posiadający największe zasoby ropy naftowej na świecie do jednej z najgłębszych kryzysów gospodarczych i humanitarnych w historii współczesnej. To, co zaczęło się jako obietnica „boliwariańskiego socjalizmu XXI wieku”, zakończyło się hiperinflacją, masowym brakiem podstawowych produktów, ucieczką milionów ludzi za granicę, a także totalną degeneracją instytucji państwowych oraz oparciu aparatu władzy na terrorze rządowych bojówek i służb bezpieczeństwa.

„Ruszymy z posad bryłę świata!”

Aby rzucić nieco światła na początki, które do tego doprowadziły – Hugo Chávez, były oficer armii, doszedł do władzy w 1999 roku po wygranych wyborach, obiecując walkę z korupcją i nierównościami społecznymi. Jego „rewolucja boliwariańska”, inspirowana ideami Simóna Bolívara, szybko przekształciła się w system centralnego sterowania gospodarką. Chávez znacjonalizował kluczowe sektory, w tym przemysł naftowy, wyrzucając tysiące doświadczonych pracowników państwowej spółki PDVSA i zastępując ich popychadłami partyjnymi. Wywłaszczył też bez odszkodowania mienie zagranicznych firm.

Wysokie ceny ropy w latach 2000. pozwoliły mu na finansowanie kosztownych transferów socjalnych, tzw. misji boliwariańskich, które początkowo zmniejszyły ubóstwo. Jednak brak dywersyfikacji gospodarki, wyniszczenie sektora prywatnego, ucieczka inwestorów oraz rodzimych przedsiębiorców oraz zupełne uzależnienie od eksportu surowców uczyniły system niezwykle wrażliwym – a w zasadzie skazanym na krach, gdy tylko rekordowe ceny ropy opadły. Do tego doszedł też fakt, że środki z jej eksportu w zasadzie wyłącznie przejadano, nie inwestując nawet w konserwację infrastruktury naftowej.

Destrukcyjne skutki tej polityki, choć dostrzegalne już wcześniej, ujawniły się z całą po śmierci Cháveza, który na swoje szczęście zmarł w 2013 roku. Wyznaczony przezeń następca, właśnie Nicolás Maduro, oficjalnie wygrał kontrowersyjne wybory, pokonując Henrique Caprilesa Radonskiego minimalną różnicą głosów. Nieoficjalnie – był to pierwszy z „cudów nad urną”. Maduro kontynuował linię ideologiczną mentora, pogłębiając interwencję państwa w gospodarkę. Kontrole cen, masowe drukowanie pieniędzy i nacjonalizacje doprowadziły do chronicznych niedoborów żywności, leków i podstawowych towarów.

Maduro ante portas

Innymi słowy – sytuacji, walka z którą stanowiła polityczny fundament kariery Maduro. Jej początki sięgają lat 80. XX wieku. Urodzony w 1962 roku w Caracas, Maduro w młodości pracował jako kierowca autobusu w stolicy, przy okazji angażując się w działalność związków zawodowych. Nawiązał tam kontakty z radykalnymi grupami lewackimi, w tym marksistowską Ligą Socjalistyczną. Wenezuela była wówczas najbogatszym i najlepiej prosperującym krajem kontynentu, choć jak to w krajach latynoskich, polaryzacja majątkowa społeczeństwa była dość duża. To właśnie wykorzystać chcieli socjaliści.

W latach 80. Maduro wyjechał na Kubę, gdzie podjął „studia polityczne” w szkole partyjnej – i gdzie został efektywnie zindoktrynowany w oczywistym kierunku ideologicznym (choć nie na tyle, by ideologia kiedykolwiek przesłaniała mu interes własny). Po powrocie do Wenezueli, w 1992 roku, poparł nieudany pucz wojskowy pod wodzą Hugo Cháveza. Ten ostatni trafił za to za kraty, jednak (zupełnie niczym pewien malarz akwarelista) szybko wyszedł i wznowił drogę do władzy. W 1994 roku, założył Ruch Piątej Republiki, w którym Maduro odegrał jedną z głównych ról, jako organizator.

W 1998 roku Chávez wygrał wybory prezydenckie, obiecując walkę z korupcją i nierównościami społecznymi. Od razu począł wcielać w życie swój „boliwariański socjalizm XXI wieku”. Maduro został wówczas wybrany do Zgromadzenia Narodowego, gdzie szybko zyskiwał na znaczeniu – od 2005 do 2006 roku pełnił funkcję jego przewodniczącego. Następnie został ministrem spraw zagranicznych, na którym to stanowisku zabiegał o ciepłe stosunki z krajami antyzachodnimi, Rosją, Iranem czy Chinami. Wreszcie, w 2012 r. Maduro został mianowany wiceprezydentem.

„Walka klas zaostrza się w miarę postępów…”

Śmierć Cháveza 5 marca 2013 roku po walce z rakiem otworzyła mu prostą drogę do władzy. Zarazem objął ją w chwili, w której katastrofalne skutki „boliwariańskiego socjalizmu” zaczynały przybierać biblijne rozmiary. Gdy w 2014 roku ceny ropy spadły, PKB spadł o 6 procent w 2014 roku, a inflacja osiągnęła 60 procent, jego reżim odmówił reform. Zamiast tego finansował deficyt budżetowy niekończącą się emisją pieniądza, co w nieuchronny i oczywisty sposób wywołało hiperinflację, osiągającą w 2018 roku 1,35 miliona procent. I usiłował nie przyjmować do wiadomości skutków gospodarczych.

Efekty były przewidywalne. W ciągu dekady Wenezuela odnotowała załamanie swojego PKB o około 80 procent. Produkcja ropy spadła z 3 milionów baryłek dziennie w czasach Cháveza do poniżej 400 tysięcy. Niekonserwowane instalacje naftowe PDVSA były przy tym coraz bardziej zawodne i nieefektywne, podczas gdy skorumpowani działacze partyjni uczynili sobie z firmy dojną krowę. W efekcie socjalistycznej walki z ubóstwem, teraz ubóstwo dotknęło ponad 80 procent społeczeństwa, a masowa emigracja – ponad 7,7 miliona Wenezuelczyków – stała się największym eksodusem w historii Ameryki Łacińskiej.

Rodziło to naturalnie sprzeciw. Ten jednak el presidente zwalczał tyleż prostackimi i brutalnymi metodami. Rządy Maduro naznaczone były represjami: tysiące przeciwników politycznych uwięziono, demonstracje tłumiono przemocą, a wybory w 2018 i 2024 roku uznano za sfałszowane. Do uczestników protestów strzelano, na ulicach terror budziły tzw. collectivos, czyli kryminalne gangi na usługach władz, zaś szkolona przez Kubańczyków bezpieka torturowała i „znikała” ludzi, często bezpowrotnie, wedle najgorszych sowieckich wzorców. Reżim utrzymywał się dzięki wsparciu armii, Kuby i pomocy z Rosji czy Chin.

Siła perswazji, perswazja siłą

Nawet to nie sprawiło jednak, by Maduro stracił zapał do rządów. Wprost przeciwnie. W 2015 roku, po porażce partii rządzącej w wyborach parlamentarnych, Maduro zaczął rządzić dekretami, ignorując Zgromadzenie Narodowe. Kolejne wybory, fałszowane z coraz mniejszą dbałością o pozory, sprawiły, że kolejne kraje przestawały uznawać go za prezydenta, przenosząc oficjalne uznanie najpierw na Juana Guaidó (kontrkandydata w wyborach w 2019 r.), a następnie na Edmunda Gonzáleza Urrutię, popartego przez liderkę opozycji, Maríę Corinę Machado, w wyborach w 2024 r., gdy jej samej start uniemożliwiono.

Samozwańczy dyktatorki prezydent okazał się przy tym perfekcyjnie odporny na tzw. presję międzynarodową – przynajmniej tak długo, jak długo miał poparcie Rosji czy Chin (ta pierwsza sprzedawała jego reżimowi uzbrojenie, te drugie nabywały większość lub niemal całość ropy, którą Wenezuela eksportowała). I przynajmniej do momentu, w którym nie posunął się za daleko, co zbiegło się w czasie z ewidentnym novum, jakim w amerykańskiej polityce okazało się bezceremonialne podejście Donalda Trumpa. Zwłaszcza w toku jego obecnej, drugiej kadencji.

Owym posunięciem się za daleko było doprowadzenie przez Maduro do sytuacji, w której Wenezuela stała się tzw. narko-państwem. Proces ten zaczął się już za Cháveza – który jako ortodoksyjny socjalista wspierał bronią i pieniędzmi lewackie partyzantki na całym kontynencie. A tak się składało, że odbiorcy tej pomocy (jak np. kolumbijskie FARC i ELN) działały też w handlu narkotykami. Powszechna, perwersyjna korupcja pod rządami Maduro proces ten ogromnie przyspieszyła, doprowadzając do stanu, w którym cała struktura państwa była wykorzystywana do obsługi handlu i przemytu narkotyków.

Wenezuela w dymie i ruinie – ot, dokonanie życia

W rezultacie Wenezuela stała się jednym z najważniejszych krajów tranzytowych świata w globalnym obrocie narkotykowym. Dla Trumpa, który zmaga się z plagą narkotyków w USA, było to oczywiście nie do przyjęcia. I choć narkotyki nie są problemem jedynym – zresztą głównym źródłem zalewającego Amerykę fentanylu są Chiny, zaś głównymi jego dostawcami kartele meksykańskie – to współpraca reżimu Maduro z ChRL, i działanie jako regionalna ekspozytura chińskich wpływów, było dodatkowym źródłem zadry w stosunkach Waszyngtonu z Caracas, od lat i bez tego wrogich.

Tak reżim „boliwariańskiego socjalizmu”, jak i sam Nicolás Maduro osobiście oraz szereg jego bliskich i współpracowników był od dawna objęty sankcjami. To samo w przypadku Kartelu Słońc (Cártel de los Soles) – czyli grona zamieszanego w operacje narkotykowe establishmentu wenezuelskiego reżimu. Niekiedy prowadziło to do zabawnych efektów (jak np. gdy za granicą skonfiskowano mu jego samolot prezydencki), w większości jednak sankcje jedynie utrudniały życie przedstawicielom reżimu, nie uniemożliwiały je zupełnie. I były przez to określane jako nieskuteczne.

To zmieniło się dopiero kilka tygodni temu, gdy zamiast nieskutecznych sankcji personalnych, Stany Zjednoczone ogłosiły blokadę morską, zatrzymując transportujące wenezuelską ropę tankowce należące do tzw. floty duchów, co odcinało to wenezuelskiemu państwu jego podstawowe źródło dochodów. Jak się okazuje, nawet to było jedynie preludium do ostatecznego pozbycia się Maduro. Niestety, nawet jeśli nie opuści on nigdy amerykańskiego więzienia (co wydaje się dość prawdopodobne), to państwo, którym władał żelazną ręką przez 12 lat, przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy.

Nicolás Maduro urodził się, gdy Wenezuela była najbogatszym krajem na kontynencie. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa umrze, gdy będzie ona najbiedniejszym i najbardziej zrujnowanym. W ogromnej mierze jest to jego osobista zasługa.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!