UK jednak nie odda strategicznych wysp, krytycznie istotnej bazy. Trump ratuje resztki brytyjskiej potęgi

UK jednak nie odda strategicznych wysp, krytycznie istotnej bazy. Trump ratuje resztki brytyjskiej potęgi

Brytyjski rząd premiera Keira Starmera wstrzymał procedurę legislacyjną mającą na celu przekazanie suwerenności nad archipelagiem Chagos Mauritiusowi. Decyzja zapadła w nocy z piątku na sobotę po zabiegach opozycji w Izbie Lordów oraz silnym sprzeciwie ze strony administracji Donalda Trumpa – który niedawno w swoim typowym, nienachalnie dyplomatycznym stylu skomentował zarówno ustawę, jak i zdolności intelektualne premiera Starmera. Ustawa, która miała być przedmiotem debaty w poniedziałek, została odroczona, a rozmowy na temat aktualizacji traktatu brytyjsko-amerykańskiego z 1966 r. pozostają w toku.

Wiele szumu wywołał wtorkowy post Donalda Trumpa na portalu TruthSocial, w którym to wpisie w stylu dla siebie charakterystycznym zmieszał z błotem brytyjskiego premiera, Keira Starmera. Uczynił to w sposób wybitnie niedelikatny – zarzucając rządowi wspomnianego gigantyczną głupotę oraz działanie od rzeczy – zarazem jednak bardzo konkretnie i zwięźle podsumowując meritum tego, co bardziej parlamentarnymi słowy od miesięcy wyrażało wielu obserwatorów geopolitycznych, a także przedstawicieli brytyjskiej opozycji.

Mianowicie, Wielka Brytania – czy też dokładniej, premier Starmer w imieniu Wielkiej Brytanii – chce oddać własne terytorium Republice Mauritiusu, w zasadzie bez jakiegokolwiek rzeczywistego powodu, wbrew jednoznacznej woli jego mieszkańców i za darmo. I tylko po po, by móc następnie wydzierżawić kluczowy element tych wysp, rozbudowywaną od dziesięcioleci amerykańsko-brytyjską bazę lotnicza, za kwotę przekraczającą 100 milionów dolarów. I tylko na 99 lat, zupełnie jak niegdyś Hongkong. Pytanie, czyje w istocie interesy realizuje tutaj Starmer, padało przy tej okazji wyjątkowo często.

Terytorium, o którym mowa, to oczywiście słynny archipelag Chagos, położony w północnym Oceanie Indyjskim. Obemuje on zwłaszcza obejmuje atol Diego Garcia – od lat 60. XX w. kluczową bazę lotniczą, wykorzystywaną wspólnie przez Brytyjczyków i Amerykanów (choć w większej skali przez tych drugich), na mocy stosownego traktatu. Baza dysponuje przy tym długim pasem startowym umożliwiającym operacje ciężkich bombowców strategicznych, systemami sensorów monitorującymi ruch morski i powietrzny oraz infrastrukturą logistyczną wspomagającą dalekosiężne misje.

Racja stanu, zdrada stanu – pojęcia jakże bliskoznaczne

Wszystko to uczyniło ją w ubiegłych dekadach absolutnie bezcennym atutem oraz elementem wzmacniającym tzw. projekcję siły w tej części świata. Jej położenie pozwala na efektywne wsparcie operacji w regionie Bliskiego Wschodu, Afganistanu oraz szerszym Indo-Pacyfiku, stanowiąc istotny element projekcji siły morskiej i powietrznej w niestabilnym akwenie. Baza pozostaje kluczowa dla bezpieczeństwa militarnego krajów zachodnich, zwłaszcza w kontekście rosnącej obecności Chin w regionie. Stąd – można by się spodziewać, że Wielka Brytania chronić będzie wyspy za wszelką cenę?

Tak własnie było – do czasu objęcia władzy przez rząd Keira Starmera, uważany za najbardziej skrajnie lewicowy, jaki kiedykolwiek wydała z siebie Partia Pracy. Postanowił on wyspy oddać – tak po prostu. Formalną podstawą o przekazaniu suwerenności Mauritiusowi miała być niewiążąca (!!!) opinia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości z 2019 r. w sprawie roszczeń Mauritiusu do wysp. Trybunał stwierdził, że Wielka Brytania, która przejęła te wyspy od Francji na mocy traktatu paryskiego w 1815 r., teraz powinna je oddać tej afrykańskiej republice.

W istocie mało kto potraktował wówczas tę opinię na serio – przecież poważne kraje chronią swoje poważne interesy, z pewnością nie pozbywając się gigantycznego aktywa strategicznego w istocie bez powodu. Mało kto – jednak bynajmniej nie premier Starmer. Ten i owszem, potraktował niewiążącą opinię z większą rewerencją niż zarówno sprzeciw mieszkańców Brytyjskiego Terytorium Oceanu Indyjskiego – którzy preferowali utrzymanie przynależności do Wielkiej Brytanii, nie chcąc też zmiany obywatelstwa na maurytyjskie – jak i brytyjską rację stanu oraz bezpieczeństwo militarne.

Pułapki polityki międzynarodowej, jad polityki wewnętrznej

To ostatnie pojawia się tutaj nieprzypadkowo, podobnie jak głębokie strategiczne ryzyko. Tak się bowiem składa, że Mauritius, geograficznie kraj zaliczany do regionu Afryki, od dekad związany był politycznie raczej z Azją. Najpierw przez długie lata były to Indie, ostatnio natomiast władzę przejęła tam ekipa, która szeroko otworzyła kraj na wplywy chińskie (tj. oficjalnie „pogłębia więzi polityczno-gospodarcze z Chinami”). Królestwo Środka zaś ma jak najgorszą reputację, jeśli chodzi o dotrzymywanie warunków dzierżawy czy innych gwarancji – jak właśnie w przypadku wspomnianego Hongkongu.

Reakcje w Wielkiej Brytanii były ostre. Konserwatywna opozycja oskarżyła rząd o „haniebną kapitulację” – choć jak twierdzili złośliwi, żeby można było mówić o kapitulacji, potrzebna byłyby dwie przeciwne strony i walka, tej zaś Wielka Brytania nie tylko nie podjęła, ale sama zabiegała o pozbycie się własnego terytorium. Opozycyjni politycy podjęli kroki prawne zmierzające do wstrzymania procedury oraz lobbowała o sprzeciw u Amerykanów. W Izbie Lordów złożono wniosek o opóźnienie do czasu zakończenia rozmów traktatowych.

Jak twierdzili krytycy, dla Starmera i jego rządu lewicowa ideologia i narracja antykolonialna była i jest po prostu ważniejsza niż interesy „swojego” kraju. Warto bowiem pamiętać, że jest to rząd, który ściga wywieszanie flag brytyjskich i angielskich (bo te są jakoby „niekomfortowe” dla obcych kulturowo imigrantów), samemu jednocześnie wywieszając przed gmachami publicznymi flagi krajów afrykańskich czy azjatyckich. W tych warunkach, konkludowali, mówienie o obronie interesu narodowego przez Laburzystów jest nieporozumieniem, skoro ci samo to pojęcie mają za „niewrażliwe” i „nie-inkluzywne”.

USA bardziej brytyjskie niż Wielka Brytania?

Jeśli chodzi o reakcje zagraniczne, najistotniejszy był oczywiście wspominany już na początku sprzeciw Donalda Trumpa, wyrażony pomimo początkowej wstrzemięźliwości, jaką prezydent USA zachował w toku wrześniowej wizyty w Londynie i na fali ochłodzenia personalnych relacji ze Starmerem w związku ze sprawą Grenlandii. Prócz anty-komplementów względem intelektu brytyjskich decydentów Trump skonstatował, że próba oddania Chagos to akt po prostu słabości, wyraźnie dostrzegalna dla Rosji czy Chin, które szanują wyłącznie siłę, gardząc słabością i samo-deprecjonowaniem się.

Co najważniejsze, Biały Dom ma narzędzia, by oddanie wysp zablokować. Wynikają one z traktatu, który Wielka Brytania zawarła z USA z 1966 r., a który wiąże dostępność bazy z utrzymaniem brytyjskiej zwierzchności nad archipelagiem. Bez zgody Stanów Zjednoczonych na modyfikację porozumienia, umowa z Mauritiusem o przekazaniu wysp nie może wejść w życie. Trwające negocjacje aktualizacji traktatu nie zostały sfinalizowane, a presja polityczna ze strony administracji amerykańskiej doprowadziła do wstrzymania procedowanej w brytyjskim parlamencie ratyfikacji aktu oddania archipelagu.

Najpewniej na dobre, ponieważ jak wynika z dostępnych informacji, władze amerykańskie definitywnie nie zamierzają zaakceptować modyfikacji istniejących gwarancji traktatowych. W ten sposób Donald Trump być może ocalił jeden z ostatnich atrybutów dawnej chwały i potęgi Wielkiej Brytanii – niegdyś „imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce”, obecnie kraju toczonego wokeistycznym autoobrzydzeniem, zelockim kultem „neutralności klimatycznej” i węglowej, oraz samobójczą „empatią” wobec mas imigrantów jawnie wobec niego lekceważących. To ostatnie, trudno nie przyznać, nie tak zupełnie bez powodu.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!