Skrajnie lewicowi terroryści odcięli Berlin od prądu. Grupa ekstremistów przyznała się do spowodowania blackoutu

Skrajnie lewicowi terroryści odcięli Berlin od prądu. Grupa ekstremistów przyznała się do spowodowania blackoutu

Jak wiadomo, w sobotę, 3 stycznia, południowo-zachodnie dzielnice Berlina pogrążyły się w ciemnościach po celowym podpaleniu kabli wysokiego napięcia w pobliżu elektrowni Lichterfelde. Awaria dotknęła około 45 tysięcy gospodarstw domowych i ponad 2 tysiące przedsiębiorstw w rejonach Zehlendorf, Wannsee, Nikolassee oraz Lichterfelde. Przywrócenie normalnych dostaw prądu może potrwać do 8 stycznia – i to wszystko w zimie, na mrozie i pośród opadów śniegu.

Jak się okazuje, sytuacja ta bynajmniej nie była zdarzeniem losowym, czy też nawet takim wywołanym przez czyjeś zaniedbania lub niekompetencje. Awaria ta była efektem ataku terrorystycznego, w mediach określanego eufemistycznie jako „incydent” czy „zajście”. Odcięcie prądu nastąpiło wskutek zniszczenia przewodów wysokiego napięcia na moście kablowym nad kanałem Teltow, w pobliżu elektrowni Lichterfelde, w wyniku dokonanego z premedytacją podpalenia.

Odpowiedzialność za akt sabotażu wzięła na siebie grupa Vulkangruppe (Grupa Wulkan), znana z wcześniejszych ataków na infrastrukturę energetyczną, którą obwiniają o szkody dla agendy klimatycznej. W liście opublikowanym na stronie Nachrichten aus Leipzig, słynącej z anonimowych oświadczeń, sprawcy stwierdzili, że dokonali podpalenia, ponieważ chcieli uderzyć nie w sieć przesyłową, a w „gospodarkę energetyczną opartą na paliwach kopalnych”.

Oczywiście nie nastręcza wiele trudności dojście do wniosku, że kiedy niszczy się linie przesyłowe, dostawy prądu ustają. Sprawcy jednak konkludują, że blackout wyszedł im ot przypadkiem – i nawet zań przeprosili. Ale tylko uboższych mieszkańców niemieckiej stolicy – zamożniejszych właścicieli domów jednorodzinnych natomiast (których pełen jest południowo-zachodni Berlin) nie tylko ich nie przepraszając, ale też informując ich, że nie żywią do nich sympatii ani współczucia.

Autentyczność listu potwierdzili burmistrz Berlina, Kai Wagner, a także jego senator (czyli minister) spraw wewnętrznych, Iris Spranger (Berlin jest miastem na prawach landu i ma własny rząd, nie jedynie samorząd). Przyznali oni, że był to atak terrorystyczny, dokonany przez lewackich terrorystów. Co ciekawe, to przyznanie jest w pewien sposób znaczące – w niemieckich realiach bynajmniej nie stanowi bowiem oczywistości, co dość dobitnie ukazują relacje medialne całej sprawy.

Berlin w ciemności – media i służby także?

Konsekwencje ataku mogłyby być bowiem tragiczne: brak prądu przełożył się nie tylko na ciemności, ale też awarie ogrzewania, sieci telefonicznej, zamknięcie sklepów i instytucji opieki. Szpitale i domy opieki wymagały ewakuacji pacjentów lub uruchomienia generatorów awaryjnych. W sytuacji, w której energię tracą dziesiątki lub setki tysięcy ludzi, nawet ułamek procenta tych, którzy zamarzną lub nie będą w stanie wezwać pogotowia w potrzebie może przełożyć się na dziesiątki lub setki zmarłych.

Akt jednoznacznie zatem terrorystyczny, i o potencjalnych konsekwencjach na równi z najgłośniejszymi i najgorszymi zamachami islamistów, w przekazach medialnych nader często określany jest anemicznymi, bezosobowymi terminami jak „incydent” czy czy „zdarzenie”. Jak chcą niektórzy złośliwi – nie bez związku z faktem, kto ataku dokonał. Można w ciemno założyć, że gdyby identycznego aktu dopuścili się niemieccy pogrobowcy narodowego socjalizmu, nagłówki doniesień byłyby zupełnie inne.

Zresztą również sami lewaccy terroryści określani są wybielającym, niemal pochlebczym terminem „aktywistów”, zupełnie jakby chodziło o rozrzucenie ulotek lub wykonanie politycznego graffiti – i to mimo faktu, ze praktyka ich działania, a także otwarcie komunikowana pogarda dla osób poszkodowanych w wyniku tych działań, stawia ich całkiem blisko innych „aktywistów” – tych z Al-Kaidy czy Państwa Islamskiego.

Nie jest to zresztą pierwszy atak tego lewackiego ugrupowania, którego ofiarą padł Berlin. We wrześniu 2025 r. inny akt celowego terroru przeciw mieniu, tym razem w południowo-wschodniej części miasta, także spowodował wielogodzinne przerwy w dostawach prądu. W marcu 2024 r. Vulkangruppe przyznała się zaś do ataku wymierzonego w fabrykę Tesli w Grünheide, pod Berlinem. Wprost zdumiewa, że w utrzymujących tak ścisły reżim kontroli policyjnej Niemczech grupa ta dalej działa, jak gdyby nigdy nic.

Dziękujemy, że przeczytałeś/aś nasz artykuł do końca. Obserwuj nas w Wiadomościach Google i bądź na bieżąco!
Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany.